Sport żydowski w Polsce międzywojennej

Robert Gawkowski

Jest to temat nieco zapomniany. Któż pamięta, że kluby o nazwach: Makabi, Hasmonea, Hakoah, Bejtar czy Hapoel rozsiane były po całej Polsce. Dziś, jeśli już są kojarzone, to raczej z obecnymi klubami w Izraelu. A jeszcze osiemdziesiąt kilka lat temu było inaczej i mecze między żydowskimi i polskimi drużynami wywoływały w Krakowie, Lwowie czy Warszawie spore emocje. 

W zbiorach Muzeum POLIN znajduje się kilka pamiątek związanych z żydowskim sportem w Polsce międzywojennej: przypinki i filiżanki ze znakami klubów (Makabi, Hasmonei), jak również fotografie żydowskich drużyn piłki nożnej.

Kluby polskie, kluby żydowskie
Historia żydowskiego sportu w dużym stopniu potoczyła się podobnie do rozwoju polskich organizacji sportowych. No, może z pewnym opóźnieniem. Polskie Towarzystwo Gimnastyczne Sokół powstało w 1867 r., a żydowskie Turverein w końcu XIX w. Polacy pierwszy mecz piłki nożnej rozegrali we Lwowie w 1894 r., a Żydzi kilkanaście lat później. Pierwszymi polskimi klubami były zakładane w latach 1903-1906 lwowskie Lechia, Czarni i Pogoń oraz krakowskie Wisła i Cracovia, natomiast Hasmoneę Lwów założono w 1908, a Makkabi Kraków rok później.

Gdy rodziła się niepodległa Polska zarówno Żydzi, jak i Polacy mieli już w Galicji swoje kluby, a te zaprzysięgłych kibiców.

Nie wszystkich jednak sport interesował, a u części społeczeństwa w początkowym okresie niepodległości sportowiec rozebrany do krótkich spodenek i koszulki gimnastycznej budził wręcz zgorszenie. Katoliccy konserwatyści utyskiwali, że niedzielą młodzież, zamiast biegać w krótkich gaciach, powinna iść do kościoła. Podobny problem mieli też polscy Żydzi. Oto bowiem w Wilnie jesienią w sobotę 1922 r. rozgrywano mecz piłkarski dwóch tutejszych żydowskich klubów: Makabi–Hakoah. Mecz był słaby i nudny (do przerwy 0:0), pogoda fatalna, więc kilkuset widzów zapewne szybko by o nim zapomniało, gdyby nie pewne wydarzenie. Oto w przerwie tego żydowskiego derby Wilna na stadion wpadł wzburzony odświętnie ubrany rabin i nakazał przerwanie meczu! Przecież był szabas i bogobojny Żyd powinien ten czas spędzać na rozmyślaniach o Bogu, najlepiej w świątyni, a nie uganiać się za piłką.

Rabina ubłagano, by można dokończyć mecz, ale konsekwencją tego incydentu była dyskusja Wielkiej Rady Rabinów kilka miesięcy później, czy Żydzi mogą grać w piłkę nożną w sobotę. Stosunkiem głosów 3:5 stwierdzono, że przecież sport jest amatorski i nikt tu pieniędzy nie zarabia, a więc nie była to praca, tylko odpoczynek.

Podobnie jak w wypadku polskich klubów, żydowskie kluby sportowe postrzegano jako związane z określonymi postawami politycznymi. Każdy Żyd dobrze wiedział, że Hapoel (po hebrajsku: robotnik) to klub lewicowy. Bardziej na lewo od niego była Gwiazda i bundowska Jutrznia czy krakowska Jutrzenka. Po przeciwnej stronie było syjonistyczne Makabi, a jeszcze dalej Bejtar. Gdy mecz grały przeciw sobie Gwiazda i Makabi albo Bejtar i Jutrznia, policja była w gotowości, bo było to widowisko „podwyższonego ryzyka”. W 1925 r. Józef Klotz, skądinąd członek krajowej reprezentacji, strzelec pierwszego zdobytego przez nią gola w spotkaniu międzynarodowym (w 1922 r., w meczu ze Szwecją wygranym 2:1), porzucił bundowską Jutrzenkę i przeniósł się z Krakowa do Warszawy, do syjonistycznego Makabi; został oskarżony o zdradę ideałów: mógł przecież przejść do innego żydowskiego i robotniczego klubu, ale nie do syjonistów!

Żydowskie kluby, tak jak i polskie, miały sekcje nie tylko sportowe. W warszawskim Żydowskim Akademickim Stowarzyszeniu Sportowym (ŻASS – odpowiednik polskiego Akademickiego Związku Sportowego) dawano lekcje języka hebrajskiego, w Hakoah (po hebrajsku: siła) uczono jazdy na rowerze, a w Makabi przeprowadzano kursy na automobilowe prawo jazdy. Liczne kluby zrzeszały sekcje turystyczne, a nawet kółka śpiewacze. Gdy klub organizował jakąś uroczystość, jego chórzyści uświetniali ją występem. Wielkie kluby miały swoje hymny, które oczywiście były śpiewane na każdej klubowej uroczystości.

Czasem nie tylko śpiewane, ale i wygrywane. Warszawski Hagibor (po hebrajsku: bohater) miał sekcje mandolinistów, a Czarni Warszawa… orkiestrę symfoniczną.

Nie dziwmy się, że tych podobieństw sportu żydowskiego i polskiego było sporo. Wszak jedni i drudzy działali w jednym kraju, sąsiadowali z sobą, na boisku rywalizowali, ale jednocześnie pracowali razem w wojewódzkich czy ogólnopolskich sportowych związkach. Żydowski gwiazdor sportowy, tak jak wymieniony już Józef Klotz (1900–1941), reprezentował barwy biało-czerwone. Aż w około 130 przypadkach Żydzi byli reprezentantami Polski.

Różnice
Jednak żydowskie kluby pozostawały żydowskimi, a polskie polskimi. Znanych jest mi tylko kilka przypadków świadomego tworzenia polsko-żydowskiego klubu. Na przykład RKS Błyskawica, związana z kanapową Niezależną Socjalistyczną Partią Pracy i z jej idealistyczną filozofią. Pomysł po dwóch, trzech latach upadł, bo członkowie Błyskawicy pokłócili się ze sobą. Po jednej stronie byli członkowie żydowscy, a po drugiej polscy. Inna społeczność – warszawscy głuchoniemi – także założyła wspólny Klub Sportowy Głuchoniemych. Istniał dwa lata i mimo więzów wspólnego migowego języka rozpadł się na dwa kluby: jeden żydowski, a drugi polski.

Dlaczego tak się działo? Dlatego, że w przedwojennych klubach sportowych nie tylko uprawiano sport, ale też pielęgnowano własne, odrębne tradycje, kulturę i turystykę. W żydowskich klubach obchodzono święta Kuczki, Purim, Chanuka. Nawet w lewicowej Gwieździe czy Jutrzni kultywowano żydowskie tradycje i obyczaje. Rozmawiano w jidysz, czasem po polsku, z rzadka po hebrajsku.

Żydowscy sportowcy odnosili się też do innych tradycji. Popatrzmy na nazwy klubów. Polacy tylko sporadycznie nazywali swe kluby imionami postaci historycznych czy mitycznych. Była Jagiellonia i Piast, ale to wszystko. Żydzi znacznie częściej kluby nazywali imionami starych żydowskich bohaterów. W II Rzeczypospolitej działały więc liczne kluby o nazwach: Makabi (nawiązująca do przydomku Judy Machabeusza), Hasmonea (do całego kapłańskiego rodu Hasmoneuszy/Machabeuszy), Samson (do biblijnego siłacza) czy Bar Kochba (do przywódcy powstania z II w. n.e. Szymona Bar-Kochby). Odnosili się do tego, co napawało ich dumą, a sport był emanacją ich poglądów.

Było też coś jeszcze, co łączyło kluby żydowskie. Żydzi polscy, którzy w trzydziestokilkumilionowym kraju tworzyli społeczność 10-procentową, obawiali się wykluczenia: administracyjnego, społecznego czy politycznego. Byli wrażliwi na każdy przejaw antysemityzmu.

Przez większą część okresu międzywojennego stosunki polsko-żydowskie w sporcie nie wyglądały źle. Co prawda zdarzały się incydenty uwłaczające polskiemu Żydowi, ale na ogół nikt nie przeszkadzał w działalności Makabi, Hasmonei czy Hakoahu. W polskich klubach pozostających pod wpływami poglądów spod znaku Narodowej Demokracji (np. Korona albo AZS-y z Warszawy, Krakowa, Wilna i Poznania) próżno byłoby też szukać sportowca wyznania mojżeszowego. Wcale nie oznaczało to jednak, że między polskimi i żydowskimi instytucjami sportowymi musiała panować wrogość. Oto we wspomnieniach ówczesnych działaczy czytamy, że AZS Warszawa lubił organizować mecze ze stołeczną Gwiazdą, bo taki mecz ściągał na trybuny znacznie więcej kibiców. 

W 1933 r. popularne w środowisku żydowskim stołeczne Makabi zajęło ostatnie miejsce w futbolowej A klasie, co wiązało się z degradacją. Wtedy to inne warszawskie A-klasowe kluby solidarnie ujęły się za spadkowiczem. Postulowano, by Makabi wyjątkowo utrzymać w A klasie. Argumentowano, że wszyscy stracą na tym, bo wpływy z biletów będą dużo mniejsze. Pomysł nie przeszedł i Makabi znalazło się w B klasie. Na marginesie dodajmy, że prezesem Warszawskiego Okręgu Związku Piłki Nożnej był wówczas Zelik Rusecki – dawny prezes Makabi.

Jednak ta w miarę dobra koegzystencja zaczęła zanikać w końcu lat 30. Początkowo sanacyjna władza nie przejmowała się kolejnymi uchwałami klubów sportowych zastrzegających, że członkami mogą być tylko chrześcijanie. Jednak niewpuszczanie na basen Żydów, utrudnianie im dostępu do sal sportowych czy afronty podczas świąt sportu (tak jak w Sosnowcu w 1936 r.) dawały już do myślenia. Gdy kluby grające w Lidze Polskiego Związku Piłki Nożnej w styczniu 1938 r. uchwaliły wyrzucenie z Polskiego Kolegium Sędziów wszystkich Żydów, rząd musiał reagować. W lutym na pierwszej stronie „Przeglądu Sportowego” wyjaśniono, że takie postępowanie jest niekonstytucyjne. Mimo takiego stanowiska Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego oraz Związku Polskich Związków Sportowych akcje żądające numerus nullus się nasiliły. Znamienne, że był to okres, kiedy Żydowskie Kluby Sportowe zaczęły tworzyć w oparciu o sekcje siłowe nieformalne grupy samoobrony.

Obawy tej mniejszości narodowej nie były bezpodstawne. W kwietniu nieznani sprawcy próbowali podpalić stadion Makabi Kraków. Tej samej wiosny nie powołano do składu reprezentacji znakomitego boksera Szapsy Rotholca. Na znak protestu nie wystąpił on w meczu Warszawa–Niemiecki Śląsk. Bokserzy warszawscy przegrali, ale gazety nacjonalistyczne triumfowały, pisząc: „Zawsze jednak przyjemniej przegrać bez żydów w składzie, niż wygrać z żydowską pomocą” (pisownia oryginalna).

W czerwcu 1938 r. w Tarnopolu, po meczu piłkarskim żydowskiej Jehudy i Kresów Tarnopol, kibice obu drużyn (czyli żydowskiej i polskiej) zaczęli się bić i zakończyło się to pogromem sklepów żydowskich w całym Tarnopolu. Zamieszki te stały się przyczyną interpelacji poselskiej Żydowskiego Koła Parlamentarnego w Sejmie RP. 

Sport i jego instytucje nie działały w próżni. Były odbiciem stanu rzeczy w II RP, a ten z kolei był wypadkową stosunków w Europie.

Najsłynniejsi żydowscy sportowcy
Wzmiankowany powyżej Szapsel Rotholc (1913–1996) był bokserską znakomitością. Zajmował kolejno X i VI miejsce w  plebiscycie „Przeglądu Sportowego” w 1934 i 1935. To pierwowzór Jakuba Szapiry z powieści „Król” Szczepana Twardocha. Walczył w wadze muszej, był członkiem warszawskiej Gwiazdy. Zdobył sobie ogromną popularność wśród mieszkańców Warszawy (nie tylko żydowskich). Zwłaszcza w 1939 r. w okresie meczu bokserskiego Warszawa–Wiedeń, gdy jego przeciwnikiem był Niemiec, zawzięty nazista. Na mecz przyszło kilka tysięcy widzów, a Szapsio – jak go pieszczotliwie nazywali warszawscy kibice – przy ogromnym dopingu pokonał Niemca. Dla widzów walka ta miała podwójny wymiar. Losy Rotholca w czasie wojny zasługują na osobny artykuł. Nasz bohater cudem przeżył. W odróżnieniu od większości sportowców żydowskich.

Znakomity szachista Dawid Przepiórka (1880–1940), arcymistrz i przy okazji wieloletni prezes Polskiego Związku Szachowego zginął (tak jak lekkoatleta Janusz Kusociński) rozstrzelany w Palmirach. Podobno kilka godzin przed śmiercią, gdy jeszcze przebywał w celi śmierci, jakiś gestapowiec dowiedział się, kim jest Przepiórka, i zmusił go do zagrania partii szachów. Szachista miał połamane na torturach palce, przesuwał pionki zawiniętymi w bandaże dłońmi.

Zagłady nie przeżył wspomniany wyżej pływak, olimpijczyk Lejzor Ilja Szrajbman (1905-1943?). Zginął w getcie warszawskim lub, według innej wersji, na Majdanku. Więcej szczęścia miała sprinterka Maryla Freiwald (1911–1962) z Makkabi Kraków, ośmiokrotna rekordzistka kraju. Wojnę przeżyła i tuż po jej zakończeniu wyjechała do Rio de Janeiro.

Pływaczka Getruda Dawidowicz, ur. 1923, z Hakoahu Bielsk, wielokrotna mistrzyni i reprezentantka Polski, przetrwała Zagładę, ukrywając się w Krakowie u sióstr urszulanek. Po wojnie krótko kontynuowała swa karierę pływacką w Cracovii i po 1946 wyjechała do Wiednia, gdzie żyła do lat 90. 

O wojennych losach Eugeni Frydman, zawodniczki Makabi Warszawa, wicemistrzyni Polski w skokach z trampoliny, nic nie wiadomo. Nie przeżyła.

Najbardziej znana żydowska gwiazda sportu, Helena Bersohn (Berson) – lekkoatletka, zawodniczka ŻASS Warszawa, koleżanka wybitnej polskiej dyskobolki Haliny Konopackiej – wyjechała do Palestyny w 1933 r. (zmarła w 2003 r. w Izraelu).

Mistrzem Polski w tenisie stołowym był zawodnik warszawskiej Hasmonei Symche Finkelstein (1916–po 1960). Wielokrotnie reprezentował barwy Polski, aż w 1937 r. wyjechał do Palestyny. Już nie wrócił. Jeszcze w 1957 r. był ping-pongowym reprezentantem Izraela. Po zakończonej karierze został… szlifierzem diamentów.

Finkelstein w tenisie stołowym miał wielkiego rywala w osobie Alojzego Ehrlicha (1914–1993). Ehrlich był synem prawnika Ludwika Ehrlicha, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tenis stołowy uprawiał we lwowskiej Hasmonei. Tak jak tenisistka Jadwiga Jędrzejowska grywał towarzyskie mecze z koronowanymi głowami (Jędrzejowska – na korcie z królem Szwecji, a Ehrlich na stole ping-pongowym z królem Egiptu). W plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski roku 1934 zajął VIII miejsce. Wojnę przeżył, ponieważ gdy wybuchła, przebywał w Anglii i Francji na tenisowym tournée.

Większość z wymienionych wyżej sportowców i sportowczyń reprezentowała Polskę podczas żydowskich olimpiad sportowych nazywanych Makabiadami. Podczas pierwszej z nich, w 1932 r. w Palestynie, reprezentanci Polski zajęli drużynowo I miejsce.