Woreczek wykonany z fragmentu płótna bawełnianego. Obiekt składa się z czterech pól oraz wyodrębnionego dna. Każde z pól ozdobnie zostało haftem w postaci aplikacji kwiatowej. Na dwóch z pól widoczne są zielone gałązki zakończone niebieskimi kwiatami, na dwóch pozostałych kwiaty są czerwone – naprzemiennie. Brzegi czy łączenia pól obramione haftem zakopiańskim (niebieską nicią). Na dnie, w środkowym polu, widoczny inicjał „T” w kolorze czerwonym. Inicjał otacza wieniec z zielonych gałązek i czerwonych kwiatów. Wszystkie aplikacje zostały wykonane ściegiem kładzionym. Woreczek jest u góry ściągany sznurkiem zakończonym chwostem.
Wyhaftowana litera „T" to najprawdopodobniej pierwsza litera imienia Toni Lechtman. Tkanina została wykorzystana wtórnie. Kolor oraz splot płótna pozwalają założyć, że do wykonania torebki wykorzystano fragment używanej odzieży. Widoczne liczne przebarwienia, a miejscami także cerowanie.
We wspomnieniach, spisanych przez Dorotę Dowgiałło (pozostających w archiwum rodzinnym), Tonia Lechtman tak mówiła o zajmowaniu się w areszcie śledczym szyciem i haftowaniem:
,,Nie miałam nic do roboty, więc haftowałam. Chyba raz na miesiąc wrzucano nam do celi kilka szmat do mycia podłóg, oprócz tego miałyśmy własne ubrania. Ja na przykład miałam sweter, który mogłam pruć i wyciągać z niego nitki do haftowania. Już nie pamiętam, która z więźniarek nauczyła mnie robienia igieł z zapałek – trzeba było wziąć kamyczek, a jak się go nie miało, znaleźć odpowiednie miejsce na betonowej podłodze i spiłować zapałkę tak, żeby się stała okrągła i na końcu spiczasta. Potem się ją przecinało na szczycie, wkładało nitkę w szczelinę. I można było szyć. Do dziś mam te igły z więzienia. Początkowo robiłam to tylko po to, żeby sobie coś przyszyć czy zacerować pończochy. Cały czas nosiłam przecież jedne pończochy, jeszcze z czasów wolności. Bardzo prędko były w każdym miejscu, dosłownie wszędzie pocerowane. Potrafiłam szyć cały dzień. Często wieczorem igła się łamała – była przecież zrobiona z zapałki. Potem haftowałam – już tylko dla przyjemności.
Wydziergałam, na przykład, cały komplet serwetek. Wszystkie nitki były bardzo cienkie, więc musiały być krótkie. Potrzebowałam odpowiedniego materiału. Pamiętam, że kiedyś dostałam bardzo kolorową szmatkę. Schowałam ją i powoli prułam. Jedna wieźniarka, którą posadzono na kilka dni w naszej celi, miała niezwykle kolorowy sweter. Była z Gdańska i mówiła, że zaraz wyjdzie. A ja jej na to: – Zanim Pani wyjdzie, proszę mi dać kilka nitek z Pani swetra, zieloną, fioletową. Była przerażona, bo każdy, kto przychodził do więzienia, bardzo dbał o swoje rzeczy. Nie było wiadomo, kiedy dostanie nowe. Tak ją to przestraszyło, że się popłakała... ale po paru godzinach wyszła.
Miałyśmy aluminiowe kubki. Więc wyhaftowałam przykrywkę i talerzyk do mojego kubka. Kiedy brakowało materiału i nie miałam co robić, prułam poprzednią pracę i zaczynałam od nowa. Często wtedy wchodził strażnik i mówił, że to, co zrobiłam, jest tak piękne, że nie pozwoli mi pruć.
Oczywiście nie wolno było mieć zapałek. Dopiero w czasie ostatniego półrocza pozwolono mi palić papierosy. A przedtem podczas spacerów zbierałam zużyte zapałki i kamyki. Dość długo się tym zajmowałam – i to mnie trzymało przy życiu.
Żadna z moich koleżanek nie haftowała. Ale z opowiadań wiem, że takie były. Teraz tego nie znoszę. Znałam wiele osób, które robiły w więzieniu figurki z chleba. I widziałam pracę jednego kolegi. Żona mojego amerykańskiego szefa też lepiła w Budapeszcie przepiękne rzeczy. Potrafiła robić swoim figurkom włosy i warkocze. Niestety wszystko się zniszczyło, rozpadło. Niektóre więźniarki przynosiły ze spacerów gałązki, wypruwały nici ze swetrów i «robiły na drutach». Nie miałam do tego serca, choć na ogół taką robotę lubię jako coś praktycznego". Marta Frączkiewicz