Wspomnienia z pracy konspiracyjnej na terenie Warszawy od kwietnia 1943 do sierpnia 1944
Maszynopis z nielicznymi odręcznymi korektami, na 14 kartach zapisanych jednostronnie, pożółkłych. W prawym górnym rogu k. 1 odręczny podpis ręką autorki: „Marysia Warman”.
Można domniemywać, że istniało co najmniej kilka powielonych egzemplarzy czy odpisów tekstu. Egzemplarz niniejszy zachował się u Ireny Rybczyńskiej-Holland, która dobrze znała osoby z różnych środowisk żydowskich i była przez nie darzona zaufaniem; w okresie przekazania maszynopisu do kolekcji muzealnej nie potrafiła wskazać, od kogo otrzymała maszynopis.
Jeden z egzemplarzy tekstu pozostał w posiadaniu autorki, ale został skonfiskowany przez celników podczas jej wyjazdu marcowego do Wiednia (a dalej do Stanów Zjednoczonych). Ostatnia karta kończy się na wysokości 3/4 strony, reszta strony pozostała pusta, dlatego można wykluczyć, że istniał ciąg dalszy na innych kartach, niezachowanych, szczególnie że ostatnią wydzieloną asteryskami całostkę tekstu można uznać za formę zakończenia, mowa jest w niej w formie ogólnej o konieczności priorytetyzowania spraw i niezałatwianiu wszystkich z powodu braku czasu.
Inny egzemplarz tekstu znalazł się, już w 1946 roku, w YIVO w Nowym Yorku, wydaje się, że został przywieziony przez Jakuba Patta w 1946, co przemawiałoby dodatkowo za tużpowojennym datowaniem.
Maria Warman udzieliła po latach wywiadu historii mówionej na temat swoich losów i swojej pracy. Zob. opis w internetowej bazie danych getta warszawskiego. Jest jedną z bohaterek tomu „Kwestia charakteru. Bojowniczki z getta warszawskiego", red. Sylwia Chutnik, Monika Sznajderman, wyd. Czarne, Wołowiec 2023.
Tekst maszynopisu in extenso (nie zachowano układu wersów tekstu na karcie ani podkreśleń i wyśrodkowania śródtytułów):
Wspomnienia z pracy konspiracyjnej na terenie Warszawy
w okresie od kwietnia 1943 do sierpnia 1944 r.
Bronisławy Feinmesser – pseud. okup. „Marysia”
Rok 1942. Akcja wysiedleńcza. Selekcja. Zabierają mi matkę. Szpital, w którym pracowałam od początku wojny, mój ukochany szpital dla dzieci rozpada się. Wywieźli wszystkich: dzieci[,] te[,] które były na drodze do wyzdrowienia[,] i te[,] któr[e] i tak czekała śmierć, kolegów, koleżanki, najbliższych, przyjaciół i prawie wszystkich tych[,] z którymi w tych najstraszniejszych czasach pobytu w obozie koncentracyjnym – ghettcie zostałam związana. Już organizowano nowy szpital, nowy – by w niedługim czasie znów go zlikwidować i losy przebywających w nim podzielić z losami tamtych – w obozie śmierci Treblince.
Uciekłam. Dzięki temu, że przez cały czas pobytu w ghettcie miałam przepustkę na „aryjską” stronę[,] ucieczka moja nie była trudna. Uciekłam, bo wiedziałam, że na tym terenie nie mam już nic do roboty, że mogę raczej przydać się tam, w miejscu[,] gdzie[,] zdawało się[,] jest raj, gdzie ludzie mieli prawo do życia – po stronie „aryjskiej”. Wyszłam samowolnie[,] mając na celu wyciągnięcie jak największej ilości osób i
jako takie początkowe urządzenie ich. Pozwalały mi na to warunki zewnętrzne. Mogłam swobodnie poruszać się po mieście[,] a to w tym wypadku było najważniejsze. Jako warszawianka byłam narażona tylko na to, że zostanę poznana przez któregoś z licznych znajomych i zadenuncjowana. Pomóc wtedy mogłam tylko tym, którzy mieli jako takie zasoby materialne. Przede wszystkiem by móc coś robić[,] musiałam zająć się wyrobieniem dokumentów dla siebie i znalezieniem mieszkania. W parę dni miałam już te sprawy poza sobą. Zaczęłam szukać znajomości, pośredników. Najtrudniejszą sprawą było znalezienie mieszkań. Z początku właściciele mieszkań musieli wiedzieć[,] kim jest jego przyszły sublokator, gdyż ludzie wychodzili z ghetta bez przygotowanych dokumentów i nie byli obznajmieni ze stosunkami, jakże zupełnie innymi na nowym terenie. Czas naglił. A więc bezpośrednio po „oderwaniu” się od placówki – grupy ludzi idących do pracy w dzielnicy „aryjskiej” – szli do przygotowa-[początek k. 2]nych mieszkań. Następną sprawą wymagającą szybkiego załatwienia, było wyrobienie dla nich dokumentów. Bywały rewizje po domach i brak dokumentów mógł spowodować aresztowanie głównego lokatora i sublokatora. Właściciele mieszkań w wypadku rewizji z chwilą, kiedy sublokator jego posiadał dokumenty[,] mógł się zawsze wytłumaczyć nieświadomością o pochodzeniu swego sublokatora. Za mieszkanie płaciło się wtedy od 1 – [do] 3 tys[.] złotych miesięcznie. Z utrzymaniem dość skromnym około 5 tys.
Tak trwało przez kilka miesięcy. Z grona moich znajomych wyszło wtedy 20 osób. Pozostali byli jeszcze potrzebni tam, lub byli bezradni wobec braku warunków materialnych na urządzenie się po stronie „aryjskiej”.
W okresie, w którym zamieszkałam z przyjaciółmi moimi związanymi z „Bundem”[,] zastałam wciągnięta do pracy organizacyjnej. Miałam już pewnego rodzaju doświadczenie, jakie w pracy było wtedy potrzebne.
Mam opisać dzieje tej pracy w okresie kwiecień 1943 r. – sierpień 1944 rok[,] to jest od chwili likwidacji ghetta warszawskiego do powstania sierpniowego.
Niedługi to okres czasu, a wskutek nawału przeżyć związanych z pracą moją wydaje się wiekiem. Każdy dzień to splot wydarzeń tragicznych i tragikomicznych. Każdy dzień to może ostatni. Przeświadczenie o tym, że może to być ostatni mój dzień[,] nie przeszkadzało mi w pracy zupełnie. Zżyłam się z myślą o mogącej nastąpić śmierci i właśnie dlatego, że byłam na nią przygotowana, wiedziałam, że w razie aresztowania nic nie powiem.
Moje zadania
Pracowałam z ramienia „Bundu” dla Ż.O.B. Postaram się opisać niektóre fragmenty z mojej pracy. Nie będą one jednak pełne i dokładne, gdyż zebranie ich wszystkich i opisanie będzie zbyt trudne. Opisanie jej, także w porządku chronologicznym, jest niemożliwe. Podam tylko fakty najważniejsze. Praca moja polegała na:
1/ wyszukiwaniu mieszkań samodzielnych organizacyjnych
[początek k. 3] 2/ mieszkań samodzielnych zakonspirowanych
3/ pokojów sublokatorskich z ew. skrytkami /wtedy, kiedy gospodarze wiedzieli[,] kim są ich sublokatorzy/
4/ mieszkań sublokatorskich dla t.zw. „aryjczyków”
5/ rozdawnictwie pieniędzy dla podopiecznych
6/ pośredniczeniu przy wyrabianiu dokumentów
7/ wymianie waluty na złote.
Historia mieszkania „bundowskiego”
W czerwcu 1943 roku wynajęłam na swoje ówczesne nazwisko pokój kawalerski w domu przy ul. Miodowej 24. Był to dom Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Dom o systemie korytarzowym. Na parterze biura. Wyżej mieszkania prywatne przerobione z dawnych pokojów sędziowskich. Zarząd komisaryczny. Na korytarzu 8 mieszkań. Pamiętne jest to mieszkanie dla wszystkich związanych wtedy z pracą konspiracyjną. Było to właściwie jedyne otwarte mieszkanie bundowskie na terenie Warszawy. W mieszkaniu tym niezależnie od zebrań organizacyjnych odbywała się praca powierzona kol. Ince, która ze mną mieszkała i mnie. W mieszkaniu stale pełno było gazetek, które kolportowałyśmy, listy podopiecznych, pokwitowania ich, pieniądze polskie i waluta oraz dokumenty gotowe i fotografie.
Co dzień od godz. 7-ej rano przychodzili nasi towarzysze pracujący razem z nami. Załatwiało się wszystkie sprawy, omawiało. Dopiero koło godz. 9–10 rano wychodziłyśmy na miasto.
Niezależnie od zebrań i pracy[,] jaka odbywała się w tym jednym pokoju[,] musiałyśmy często[słowo dopisane odręcznie] w nim kogoś ukrywać. Starałyśmy się w miarę możliwości ze względu na i tak dość duże obciążenie tego mieszkania unikać tego.
Mieszkanie to, pomijając pracę[,] jaka się w nim odbywała[,] miała kolosalne znaczenie moralne dla naszych towarzyszy. I o tym muszę także na pisać. Trzeba się jednakże wczuć w sytuację człowieka, który jest skazany na towarzystwo ludzi zupełnie sobie obcych, nie mając możliwości spotkania się z najbliższymi. Otóż od czasu do czasu przyprowadzałyśmy do mieszkania naszego pod osłoną nocy naszych bliskich, by [początek k. 4] poczuli się swobodnie, mogli nareszcie o bliskich im sprawach porozmawiać, odetchnąć inną atmosferą[,] jaka była w naszym mieszkaniu, atmosferą pozbawioną uczucia strachu, spotkać się z bliskimi. I chociaż był tylko jeden tapczan[,] nigdy nie było za mało miejsca. Zdarzało się, że spało na nim 6 osób.
Pamiętny był dzień 1 maja 1944 roku[,] kiedy to zebrało się 14 naszych towarzyszy[,] by nawet w takich warunkach razem święcić dzień Święta Robotniczego. Na ogół w oczach sąsiadów starałyśmy się odgrywać rolę „wesołych panienek”.
Mieszkanie to ocalało. Przetrwało wszystkie próby do końca. Czynne było do kapitulacji Starówki.
Mieszkanie Ż.O.B.
Wobec trudności robionych ze strony gospodarzy członkom Ż.O.B. — Komendy i towarzyszom naszym Bernardowi i Rywce zaszła konieczność zorganizowania samodzielnego mieszkania[,] w którym Komenda Ż.O.B. miałaby dogodne warunki do pracy. Nie było to zadanie łatwe. Chodziło o znalezienie mieszkania, które wymagałoby takiego remontu, by zbudowanie odpowiedniej kryjówki dla pomieszczenia 6 osób nie wzbudziło podejrzeń. Następnie brak nam było osoby, która mieszkanie takie wzięłaby na swoje nazwisko, zawodem swoim pozorując możność kupienia takowego[,] kosztującego wtedy 25–30 tys. złotych. Poza tym ogromną trudność przedstawiało znalezienie ludzi, którzy podjęliby się zrobienia skrytki. Przez kilka miesięcy wszystkie te trudności nie dały się pokonać.
Wreszcie, kiedy zbudowanie takiego mieszkania stało się palącą koniecznością i nadarzyło mi się odpowiadające naszym warunkom mieszkanie[,] wszystkie inne trudności trzeba było przezwyciężyć własnymi siłami. Zdecydowałam wziąć je na siebie, z tym, że przybraną moją „bratową” będzie Maria Sawicka, działaczka P.P.S., która przez cały czas wydatnie w pracy nam pomagała. Zupełnie sama nie mogłam zamieszkać w mieszkaniu trzypokojowym. Trzeba było zachować pozory [początek k. 5] zajęcia mieszkania przez rodzinę.
A więc trzeba było załatwić sprawę z właścicielem mieszkania, pozorując blisko mającym nastąpić moim małżeństwem, potem należało przed prowadzić przepisanie mieszkania przez Urząd Kwaterunkowy. Posługiwałam się przy załatwianiu tej formalności fałszywą kartą pracy.
Po przeprowadzeniu tych spraw zasadniczych trzeba było wziąć się przede wszystkiem do budowania skrytki. Najtrudniejszą sprawą było sprowadzenie całego furgonu drzewa i drugiego z materiałami budowlanymi jak wapno, gips, cement, piasek. Trzeba było przecież postawić ścianę na przestrzeni 2-ch pokojów. Trudno było sprowadzać materiał ten po trochu, bo zależało nam na pośpiechu. A więc pod pozorem robienia ścianki odgradzającej pokój[,] w którym miała być łazienka[,] tow. Bolek razem z Władysławem Świętochowskim /pracownikiem Elektrowni Miejskiej, jednocześnie ukrywał u siebie kilku Żydów/ zabrali się do robienia skrytki. W ciągu czterech dni Przy mało wydatnej mojej pomocy ściana była postawiona. Wejście było zrobione przez ściankę wmurowanej szafy. Trzeba było przystąpić do malowania mieszkania. Nie można było jednak w tym celu wprowadzić do mieszkania malarza, gdyż zorjentowałby się w całym przedsięwzięciu. Ściana nowa odznaczała się w otoczeniu starych ścian. I tutaj tow. Bolek, Kazik z Ż.O.B. i ja wzięliśmy się za p[ę]dzle. Przez cały czas tej roboty trzeba było pilnie strzec, by ciekawe oko dozorcy lub któregoś z sąsiadów nie chciało zainteresować się tą tajemniczą robotą. Po pomalowaniu mieszkania można już było do niego wprowadzić ludzi nie znających rozkładu mieszkania. A więc zaczęli robotę ślusarz, hydraulik, który montował łazienkę pozorującą cały nasz remont. Została ostatnia robota – sprzątanie i zakupienie mebli. Chodziło o wniesienie w to mieszkanie jak najmniejszych kosztów, musiało jednak wyglądać efektownie dla oka ciekawych. Zaczęłam więc wędrówki po „Pociejowie” w poszukiwaniu gratów. Wreszcie dużym furgonem mebli zajechałam przed dom, pozorując przeprowadzkę z dawnego mieszkania.
Wiedziałam[,] że pierwsze tygodnie próby będą ciężkie. Nigdy nie wia-[początek k. 6]domo było[,] co w tej całej ryzykownej robocie podchwyciły oczy ciekawych. Mieszkanie było gotowe do użytku. Do tej pory ryzykowałem przez ewentualne nieostrożne posunięcia „spalenie” mieszkania, ale nie ryzykowałam ludzi. [P]rzez cały czas zdawałam sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności, jaką biorę na siebie, podejmując się krycia 6 osób[,] i to ludzi niezmiernie wartościowych. Jednak trzeba było iść naprzód.
Muszę przyznać, że w tej tak ryzykownej grze znajdowałam trochę egoistycznej przyjemności[,] o której zresztą nie będę pisała.
W mieszkaniu tym mieszkali: Bernard, Marek, Stasia i Antek[,] Celina, Krysia z Ż.O.B., oprócz mnie i Marysi Sawickiej[,] o której wspominałam. Do mieszkania tego wprowadziliśmy się w końcu maja 1944 roku. I tu przeniosła się Komenda Ż.O.B.[,] a tym samym związana z nimi praca. Niewiele więcej mogę napisać o tym mieszkaniu, gdyż w pierwszych dniach sierpnia 1944 poszliśmy wszyscy do powstania w szeregi AL. [sic!]. Wiem tylko z całą pewnością, że było nam wszystkim przez ten krótki okres czasu dobrze. Czuliśmy się nieskrępowani, byliśmy ze sobą zżyci.
W miesiąc po naszym wyjściu z mieszkania zostało ono spalone wraz z archiwum i całym majątkiem Ż.O.B. W mieszkaniu na Miodowej pozostała Inka. Musiałam tam jednakże
codziennie przychodzić jako właścicielka mieszkania i w związku z pracą. Zależało mi na tym, żeby nikt nie zorientował się, że tam nie mieszkam faktycznie.
Mieszkanie sublokatorskie
Wyszukiwanie mieszkań sublokatorskich nie wymagało takiego nakładu pracy jak tworzenie mieszkań samodzielnych. Trudno jednakże było znaleźć. O każde miejsce trzeba było walczyć, szukać, darem wymowy i nieraz pieniędzmi przekonywać. Ludzie[,] z którymi miałam kontakt w związku z poszukiwaniem mieszkań[,] byli najrozmaitsi. I zanim kogoś ulokowałam[,] trzeba było dobrze zgryźć właściciela mieszkania, [początek k. 7] by nieświadomie nie wpakować nikogo w pułapkę. Byli tacy, którzy ze względu na korzyści materialne ukrywali ludzi[,] drżąc jednak ze strachu, i tacy, którzy decydując się na ten stosunkowo łatwy zarobek[,] wyzbyli się uczucia strachu. Ostatnią[,] niestety najmniejszą[,] grupą byli ludzie[,] którzy pomagali w ukrywaniu Żydów bezinteresownie. Utrzymanie na dłuższy okres czasu takich mieszkań zależało w dużej mierze od otoczenia najbliższych gospodarzy[przy trzech ostatnich słowach poprawki rękopisowe]. O mieszkaniach takich, w których ludzie siedzieli w spokoju długo[,] płacąc 1–2 tys. złotych miesięcznie za samo mieszkanie[,] nie będę pisała. Wybiorę tylko ciekawsze przypadki.
Na samym początku mojej pracy w chwili likwidacji ghetta warszawskiego dał się odczuć szalony brak mieszkań wskutek „masowej” ucieczki ludzi. Toteż w momencie kiedy uciekł z ghetta Marek w żaden sposób nie można było znaleźć mieszkania. Sprawa była paląca. Szukałam wszelkich możliwości, pośredników. Wszystko zawiodło. Wreszcie skierowana do jakiejś obcej pośredniczki znalazłam mieszkanie na Żoliborzu.
Można chyba osądzić ten mój postępek jako lekkomyślny – nie było wtedy innej rady. W okresie tym sama byłam bez mieszkania. Wynajęłam to mieszkanie bez wielkiego przekonania[,] licząc się z tym[,] że w najbliższym czasie może znajdzie się coś innego. Do mieszkania tego sprowadził się Marek z Wewkiem Rozowskim. Już po paru dniach zostali oni szantażowani. Jak się potem okazało[,] szantażystów nasłała obca pośredniczka. Nie mieli przy sobie pieniędzy. Rozowski późnym już wieczorem wyszedł z mieszkania[,] by zdobyć pieniądze na wykupienie. Po wyjściu od tow. Henryka[,] u którego pieniądze dostał[,] został na ulicy zatrzymany przez niemieckiego kolejarza i już nie wrócił. Jeszcze z komisariatu dał nam o sobie znać. Żadna interwencja nic już pomóc nie mogła.
Być może, że przez lekkomyślne załatwienie mieszkania zginął on. Do dnia dzisiejszego winię siebie o to, wiem jednak[,] że wtedy nie było żadnego innego wyjścia.
* * *
Antoni Jabłoński
W związku z najtragiczniejszymi mojemi przeżyciami związanymi z pracą konspiracyjną muszę napisać o t.zw. „domu przejściowym”, który znajdował się w stróżówce za paką u dozorcy domu przy ul. Próżnej 14 – PI. Grzybowski 6 – p. Antoniego Jabłońskiego. Pracowałam z nim dość długo, bo prawie od samego początku. Wiele razy wyratował mnie z bardzo ciężkich sytuacyj. Często ludzie, których musiałam gdzieś ulokować miast zostać na ulicy, znajdowali u niego schronieni[e.]
Brał on pieniądze, nawet dość dużo[,] bo… musiał mieć na wódkę. Trudno było u niego lokować kobiety – za bardzo je lubiał... zwłaszcza Żydówki. Ale wiedziałam[,] że jest pewny i mądry, dobry i niezależnie od tego[,] że brał pieniądze – uczciwy. Niejednokrotnie ukrywał ludzi bezpłatnie, żywiąc ich i opiekując się jak własnymi dziećmi.
Pamiętam[,] kiedyś, kiedy znalazłam się wieczorem na ulicy z dwiema kobietami, które uratowały się z obozu w Poniatowie, mającymi wybitnie semicki wygląd, w ostatecznej rozpaczy poszłam do niego. Będąc wtedy „pod gazem”[,] zgodził się je przyjąć, pod warunkiem... że zostanę razem z nimi na noc, mając na myśli oczywiście flirt. Skończyło się na tym, że musiałam go pocałować. I od tej pory zresztą dość często „szantażował” mnie w ten sam sposób. Niestety w dużej mierze byłam od niego zależna. A trzeba sobie tylko wyobrazić jego wygląd zewnętrzny, woń wódki i cuchnącej odzieży chyba nigdy niezdejmowanej.
Wiedziałam, że należy on do jakiejś organizacji[,] w której pracy brał czynny udział. Wiedziałam, że w tymże domu jest skład broni pod jego opieką. Był on jednak dla mojej pracy nieoceniony. Być może, że wielu ludzi dzięki niemu zostało ocalonych w najtragiczniejszych momentach.
Wypadek związany z nim, który zresztą zakończył się i jego śmiercią w obozie koncentracyjnym[,] chciałabym opisać.
[początek k. 9] Sprowadzano w tym czasie ludzi z lasu, którzy ze względu na grożące im tam niebezpieczeństwo musieli być przeniesieni do Warszawy. Przygotowywałam dla nich mieszkanie ze zbudowanym bunkrem mieszczącym się pod domkiem na peryferiach miasta, o którym zresztą będę jeszcze pisała. Obliczone było na 6 osób. Dzięki niesolidności gospodarza, który na czas nie wykonał powierzonej mu roboty wykonania bunkru, sprowadzonych dwóch tow. Gutę i męża jej z braku innego wyjścia musiałam ulokować u Jabłońskiego. W tym okresie mieszkał u niego także tow. Zygmunt. Mieszkali u niego 8 dni. W przeddzień przeprowadzenia ich do wspomnianego bunkru dom Jabłońskiego został otoczony przez żandarmów. Szukali jakoby składu broni u niego. Zamiast broni znaleźli ludzi. Nie dali się wziąć. Wiedzieli dobrze[,] co ich czeka. Woleli zginąć na miejscu. Bronili się. Po rozbrojeniu ich[,] wywleczono ich na podwórze[,] gdzie padli z okrzykiem: „Niech żyje Polska, giniemy za Polskę!”. Jabłońskiego wzięto na Gestapo, poczem do obozu koncentracyjnego[,] gdzie zmarł. Wiem tylko, że katowano go bardzo – nie wydał nikogo.
Jak się później okazało[,] jeden z bojowników Ż.O.B. aresztowany w tym czasie załamał się i wydał Jabłońskiego, którego dobrze znał.
W okresie tym musiałam się bardzo pilnować, gdyż towarzysze Jabłońskiego, którzy mię znali[,] szukali mię[,] by się zemścić za jego aresztowanie.
Jabłoński zostawił żonę i dwoje dzieci, którzy znajdują się w bardzo trudnych warunkach materialnych.
* * *
Jak już wspominałam[,] bunkier, który w owym czasie przygotowywałam[,] przeznaczony był dla ludzi sprowadzanych z lasu. Zrobiony on był pod domkiem portiera dawnego lotniska Okęcie przy końcu ul. Rakowieckiej, mieszkającego tam wraz z żoną i dwojgiem dzieci.
Byli to ludzie, którzy narażali się jedynie ze względu na duże korzyści materialne, jakie ciągnęli z tego „procederu”. Przez to też nie wzbudzali dużego zaufania. Niestety wszystkie sprawy tego rodzaju [początek k. 10] musiały być załatwiane z wielką rezerwą. Nie było innych możliwości, a znalezienie mieszkań było konieczne. Brak locum mógł spowodować śmierć.
Bunkier[,] o którym piszę[,] przetrwał zresztą do końca.
Wobec tego, że domek ten znajdował się na pustym placu[,] trzeba było zachować maksimum środków ostrożności w związku z budowaniem bunkru. A więc sprowadzanie drzewa, wywózka ziemi, budowa studni i t.d. Musiałam te sprawy pozostawić gospodarzowi, który sam wykonywał tę robotę[,] zresztą jak się później okazało[,] bardzo dobrze. Wejście do bunkru było zrobione pod grubą blachą, która była umocowana pod piecem — wewnątrz bunkru potężny rygiel. Do środka przeprowadzona była woda, zrobiona została ubikacja i prycze w dwóch kondygnacjach. Wobec tego[,] że do właścicieli domki bardzo mało przychodziło ludzi – ukrywający się tam mogli prawie przez cały dzień przebywać w mieszkaniu na górze.
Gospodarze brali po 3,500 tys. złotych miesięcznie od osoby za samo mieszkanie.
Mieszkali tam: tow. tow.: Halina, Bronek, Hanka, Janek i z Ż.O.B. Stefan, Tadek i Jurek.
Janina Pawlicka
Jeśli już piszę o mieszkaniach[,] muszę wspomnieć o naprawdę szczerej[,] bezinteresownej i wydatnej pomocy[,] jaką okazała nam w pracy Janina Pawlicka.
Przed wojną była służącą u pewnej zamożnej rodziny żydowskiej. Traktowała tę rodzinę jak swoją. Była z nimi tak związana, że z chwilą pójścia jej „państwa” do ghetta[,] poszła razem z nimi. Przetrwała tam najgorsze chwile, ale nie opuściła ich. Później ze względu na ciężką sytuację materialną[,] w jakiej znalazła się rodzina ta, Jania /bo tak ją wszyscy nazywali/ wychodziła na stronę „aryjską”[,] szmuglowała towary i w ten sposób zarabiała na utrzymanie całej rodziny. Niezależnie od tego pracowała /mając wyrobione żydowskie dokumenty/ jako żydówka w szopie, chroniąc się w ten sposób tak jak wszyscy żydzi od wywózki do obozów śmierci. Ludzie[,] u których pracowała[,] dostali papiery na wyjazd do obozu w Vittel dla całej rodziny wraz z nią. Wobec tego, że jako aryjka miała możliwości uratowania się[,] odstąpiła swoje papiery, by uratować jeszcze jednego człowieka.
Po wyjeździe swoich „chlebodawców” wyszła na stronę aryjską. I na tym nie skończyło się jej bohaterstwo. Początkowo pracowała w mieszkaniu[,] gdzie ukrywało się 6-ciu Żydów[,] będąc jedyną Polką kryjącą to mieszkanie. Z kolei po wyjeździe tych ludzi także do Vittel i po zlikwidowaniu tego mieszkania wynajęłam pokój sublokatorski, w którym ona zamieszkała oficjalnie[,] kryjąc w nim znów 6 osób. W pokoju tym była zrobiona skrytka. Pokój ten utrzymany został do końca. Niezależnie od bohaterskiego poświęcenia[,] jakie okazała ona przy pomocy Żydom[,] przez cały czas opiekowała się tymi, którzy u niej mieszkali[,] tak jak własnymi dziećmi. Gotowała im, opierała, załatwiała wszystkie sprawy na mieście. Wszystkie oznaki rewanżu okazywane ze strony ludzi u niej zamieszkałych przyjmowała z oburzeniem i niejednokrotnie z tego powodu robiła straszne awantury.
Z naszych towarzyszy mieszkali tam: Bernard, tow. Gurmanowa i Marek /czasowo/.
W tej chwili jest ona w ciężkich warunkach materialnych. Zapomniano o niej.
* * *
Najrozmaitsze były mieszkania[,] w których ukrywali się Żydzi, tając przed właścicielami mieszkań swoje pochodzenie. Byli tacy, którzy domyślili się[,] nie chcąc jednakże wiedzieć[,] by mieć czyste sumienie wobec władz okupacyjnych. Byli i tacy, którzy z chwilą dowiedzenia się[,] natychmiast wymawiali mieszkanie lub wręcz denuncjowali swoich sublokatorów. Gra więc była bardzo ryzykowna.
Dość dużo takich mieszkań załatwiałam[,] nic szczególnego jednak o nich nie mogę napisać.
Podopieczni.
Miałam około 200 podopiecznych. Ludzi tych można by podzielić na trzy grupy. Pierwszą z nich [–] zresztą stosunkowo najmniejszą – byli ludzie[,] dla których suma jaką dostawali[,] była jedynym środkiem do utrzymania się przy życiu. Drugą grupę stanowili ludzie, którzy mieli niewielkie kapitały, a suma[,] jaką dostawali[,] nie skazywała ich na głód lub wyjątkowo ciężkie warunki mieszkaniowe. Trzecia grupa – to ludzie wyzbyci skrupułów, ludzie, którzy mając dostateczne środki na utrzymanie się[,] brali od nas, myśląc, że przecież to i tak jest dla Żydów[,] więc słusznie im się to należy. Tę ostatnią grupę trudno było wyeliminować, gdyż w warunkach[,] w jakich pracowaliśmy[,] nie można było przeprowadzać wywiadów. Trzeba było ufać.
Podam kilka charakterystycznym przykładów.
Abraham Hammerschmidt – był w mieszkaniu[,] w którym płacił za komorne 1000 zł - a więc całą sumę[,] jaką dostawał. Gospodarze jego „z litości” dawali mu suchy kartkowy chleb i wodę. I nawet tego chleba było za mało. Zwrócił się więc do mnie z prośbą o podwyższenie sumy[,] jaką dostawał[,] o… 100 zł[,] by mógł sobie jeszcze dokupywać chleba. Dostał. Dostał więcej. Uratował się.
Uratowały się dwie kobiety z obozu śmierci w Poniatowie. Przyszły nagie i bose. Przez cały prawie rok płaciło się za nie po 5 tys. złotych miesięcznie. Żebrały niezależnie od tego o każdy grosz. Nieraz prosiły o kilka złotych na kupienie o kilka spinek do włosów, waty czy też pasty do zębów. Okazało się dopiero później, że miały swoje oszczędności – nawet stosunkowo duże. Oczywiście nie starczyłyby one na całkowite utrzymanie – ale drobne wydatki?
Była jeszcze jedna[,] i to ostatnia grupa ludzi[,] którzy nie mając naprawdę środków na utrzymanie[,] nie chcieli ich brać[,] bo... wstydzili się. Wstydzili się tego, że... biorą „zapomogę”.
Trudno było ich przekonać o tym, że pieniądze te są przeznaczone [początek k. 13] przecież dla tych, którzy nie mają na najniezbędniejsze wydatki konieczne do utrzymania się przy życiu.
Jeśli chodzi o utrzymanie dzieci, a miałam ich chyba koło 20[,] dostawały tyle[,] ile było potrzeba na ich utrzymanie. Dzieci, jeżeli miały rodziców[,] umieszczane były najczęściej oddzielnie u ludzi obcych[,] by w ten sposób zwiększyć szanse uratowania się. Większe skupienie ludzi w jednym miejscu zwiększało niebezpieczeństwo „wpadunku”. Za dziecko płaciło się przeciętnie 3 tys. zł miesięcznie. Dzieci były także różne. Takie, które zabierało się z ulicy. Takie, którymi początkowo opiekowały się rodziny polskie i z braku środków na utrzymanie ich oddawały je nam pod opiekę, wreszcie takie, które miały rodziców.
W opiece nad dzieckiem wydatnie pomagała mi Janina Plewczyńska[,] ukrywając sama dziecko żydowskie, które pokochała tak, że w tej chwili nawet, pomimo to, że dziecko ma rodzinę, nie można od niej dziecka odebrać, gdyż byłoby to dla niej poważną tragedią.
Pomogła mi ona w ulokowaniu kilkorga dzieci. Mieszkanie jej było dla nas zawsze otwarte. Nie było dla niej rzeczy trudnej i niebezpiecznej. Wiele razy wyratowała
mnie z niezwykle ciężkich sytuacyj. Sama zresztą podczas okupacji straciła ostatniego syna pozostającego w kraju[,] który zginął w walce.
Wyrabianie dokumentów
Udzielanie pomocy materialnej wiązało się ściśle z wyrabianiem dokumentów. Ludzie przeważnie ukrywający się, nie wychodzący ze swoich melin[,] nie mieli możliwości wyrobienia dokumentów czy to ze względu na brak odpowiednich kontaktów, czy też ze względu na brak możliwości finansowych. Wyrobienie dokumentów za pośrednictwem ludzi „handlujących nimi” kosztowało od 1 – [do] 3 tys[.] złotych. Wśród podopiecznych moich[,] jasne[,] nie było takich, którzy mogli sobie na ten wydatek pozwolić.
Możliwości wyrabiania prawdziwych dokumentów były znikome i bardzo kosztowne. Wyrabiało się t.zw. „lipy”.
Pomoc moja w tym polegała właściwie na pośredniczeniu między podopiecznymi[,] z którymi się stykałam, a komórkami t.zw. „fabryk dokumentów”. Były to: kennkarty, karty pracy z zaświadczeniami pracy, metryki urodzenia, ślubu i t.d.
Wymiana pieniędzy
Wymiana pieniędzy /dolarów/ odbywała się najczęściej za pośrednictwem banków. Niejednokrotnie jednorazowo wymieniałam około 1 miljona złotych. Niezależnie od tego często musiałam szukać prywatnych pośredników, by uzyskać lepszy kurs. Załatwianie tego w warunkach konspiracyjnych było bardzo trudne i ryzykowne.
Raz tylko[, gdy miałam] przy sobie dość dużą ilość waluty do wymiany[,] zaczepił mnie agent gestapo[,] chcąc mnie aresztować. W [czasie] poszukiwani[a przez niego] odpowiednich władz do aresztowania mnie — uciekłam.
* * *
Praca moja wymagała stałego poruszania się po mieście. Jak już zaznaczyłam[,] wychodziłąm z domu koło godz. 9 rano i często do późnego wieczora nie [z]dążyłam załatwić wszystkich bieżących spraw. I dlatego praca moja była nieskoordynowana, wybierałam sprawy najważniejsze, które nie mogły czekać na załatwienie. Znajdzie się zapewne dość dużo ludzi, którzy mogą mieć do mnie pretensje o niezałatwienie im czegoś – niestety nie mogę się z tego wytłumaczyć niczym innym jak brakiem czasu.
* * *
Uwagi:
Na karcie 1 w wersie 10 od dołu karty, przed odręczną ołówkową poprawką początek zdania brzmiał: „Pomóc jednakże mogłam wtedy tylko tym […]”.
Na karcie 14 omyłkowe powtórzenie części frazy zaczynającej się na k. 13: „[po-]średniczeniu między [podopiecznymi]”, można domniemywać, że wzięło się z przepisywania tekstu.
oprac. Przemysław Kaniecki
| Autorstwo |
Warman, Bronisława Maria (1919-2004)
|
|---|---|
| Rodzaj obiektu |
materiał diarystyczny
|
| Czas powstania/datowania |
non ante 1945 |
| Miejsce powstania |
Łódź (województwo łódzkie)
|
| Technika |
maszynopis
|
| Materiał/tworzywo |
papier
|
| Języki |
polski
|
| Słowa kluczowe | |
| Prawa autorskie |
|
| Właściciel |
Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN
|
| Numer identyfikacyjny |
MPOLIN-A36.5.1
|
| Lokalizacja |
obiekt nie znajduje się na ekspozycji w muzeum
|
