Dzieci żydowskie tuż po wojnie
Helena Datner
Wielu rzeczy nie możemy sobie wyobrazić, tej również: że można chcieć uśmiercić wszystkich członków jakiegoś narodu, przystąpić do tego w sposób systematyczny i odnieść duży sukces. Najmniejsze szanse na przeżycie mieli najsłabsi, najbardziej bezbronni – najmłodsi i najstarsi.
W getcie warszawskim w październiku 1942 roku, po wielkiej akcji wywożenia Żydów do Treblinki, „współczynnik przesiedlenia” (jak pisano w nomenklaturze cofającej się przed słowem „śmierć”) dla dzieci do lat 9 wyniósł 99 procent. Tuż po wojnie wśród ogółu obywateli Polski dzieci do lat 18 stanowiły 37%, wśród Żydów repatriantów ze Związku Radzieckiego – 25%, a uratowanych w Polsce – 14% (dane za: „Zarys Działalności Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Za okres od 1 stycznia do 30 czerwca 1946 r.”, Warszawa 1947, s. 8). Żydowskiej społeczności brakowało dzieci.
W momencie zakończenia wojny na terenie Polski w nowych granicach zarejestrowano między 4 a 5 tysięcy dzieci (osób do lat 14). Liczba ta nie obejmuje tych, które jeszcze nie wyszły z ukrycia lub które pozostając w rodzinach polskich, nigdy nie dowiadywały się o swoim pochodzeniu albo dowiadywały się dopiero w dorosłym życiu. Późniejsze statystyki pokazały, że wśród uratowanych w Polsce malutka grupa (koło 5%) miała oboje rodziców, większość była sierotami, niektórzy mieli jednego rodzica.
Niewielkie grupy starszych dzieci – właściwie już młodzieży – powróciły z obozów w Niemczech. Większość polskich Żydów przeżyła na terenie ZSRR. Dzięki umowom repatriacyjnym wśród innych obywateli do Polski wróciło około 20 tys. dzieci żydowskich. W tej grupie więcej miało oboje rodziców i mniej było pełnymi sierotami. Część dzieci chodziła w ZSRR do polskich szkół (w zbiorach POLIN znajduje się na przykład świadectwo szkolne z Samarkandy), część znalazła się w domach dziecka, które zostały repatriowane do Polski. Ich życie w ZSRR było trudne, ale na ich szczęście nie da się tego dzieciństwa porównać z tym, czego doświadczyły dzieci pod okupacją niemiecką.
Cierpienia Żydów były tak przerażające, że dla osób, które były w stanie patrzeć na nie z jakiegoś oddalenia, a jednocześnie z pełną empatią, było jasne, że tych, którym uda się przeżyć, dzieci w szczególności, powojenny świat otoczy czułą opieką i najwyższą troską. Jedna z pomagających ukrywającym się, Maria Hochberg-Mariańska (członkini Rady Pomocy Żydom, Żegoty), pisała: „W czasie okupacji hitlerowskiej spotykałam się z dziećmi i matkami, żyjącymi w ukryciu. Słuchając relacji i tych matek i patrząc na życie dzieci myślałam, z podniosłym w sercu wzruszeniem o momencie, kiedy uratowane i oswobodzone wyjdą na wolny, jasny, dobry świat” – a świat ten zrobi wszystko, by im pomóc. Tak jednak się nie stało, świat był raczej obojętny, często wrogi, ale społeczność żydowska zrobiła dużo, by dzieciom tym zapewnić pomoc.
Wielkość tej pomocy może obrazować budżet głównej żydowskiej organizacji tego czasu, Centralnego Komitetu Żydów, w którym największy procent wydatków (40) przeznaczano na opiekę nad dziećmi: zarówno materialną pomoc dzieciom, które mieszkały z rodzicami (rodzicem, opiekunem), jak i finansowanie domów dziecka; dużą pozycję w tej części budżetu stanowiło także finansowanie półinternatów-całodziennej świetlicy, która w miejscowościach, gdzie nie było szkoły żydowskiej, miała zapewnić poza opieką także elementy edukacji żydowskiej (był to budżet Wydziału Oświaty CKŻ, sprawującego opiekę nad placówkami opiekuńczymi i edukacyjnymi). Pieniądze pochodziły głownie z dotacji amerykańskiej organizacji pomocowej, Jointu, która wznowiła swą działalność w Polsce wiosną 1945 (szerzej o tym w tekście z ekatalogu kolekcji: „Nowe życie. Żydzi w Polsce 1944/45-1950”).
W programach wszystkich ugrupowań politycznych istniejących wówczas na terytorium Polski troska o dziecko zajmowała naczelne miejsce. Elementem tej troski dla ugrupowań syjonistycznych było wywiezienie dzieci do Palestyny, a dla organizacji religijnych – tam, gdzie można będzie zapewnić dzieciom tradycyjną edukację. Zagłada rozerwała tradycyjne więzi międzyludzkie, będące warunkiem przekazywania niezmienionej tradycji; samo gwałtowne zmniejszenie liczebności społeczności żydowskiej sprzyjało asymilacji – odchodzeniu od tradycji i języka jidysz.
Najważniejszym zadaniem dla wszystkich było zaspokojenie bytowych potrzeb dzieci: jedzenia, zdrowia i bezpieczeństwa fizycznego. Opiekę zdrowotną przejęło doświadczone reaktywowane Towarzystwo Opieki Zdrowotnej (TOZ), sprawowało je poprzez sieć poradni, sanatoriów (w Szczyrku, Otwocku), organizację kolonii zdrowotnych. W TOZ-ie była też sekcja Dziecka Opuszczonego, która zajmowała się poprzez kontakty międzynarodowe wyszukiwaniem osób chętnych do pomagania konkretnym dzieciom, a także ich adopcji. Opiekę nad sierotami objęły domy dziecka, powstające szybko na terenach wyzwalanych: w Lublinie już latem 1944, w następnym roku w Otwocku, Zatrzebiu (koło Falenicy), Helenówku pod Łodzią, Chorzowie, Bielsku, Krakowie. W 1946, po zakończeniu repatriacji z ZSRR, istniało 13 domów dziecka prowadzonych przez Centralny Komitet Żydów, skupiających ponad 700 wychowanków, oraz sieć placówek – kibuców – prowadzonych przez różne ugrupowania syjonistyczne; istniały też domy dziecka, w Zabrzu i Łodzi, prowadzone przez organizacje religijne. Do domów Komitetu Żydowskiego przyjmowane były także dzieci mające rodziców, jeśli znajdowali się oni w trudnej sytuacji zdrowotnej czy bytowej. Kibuce – prowadzone przez organizacje reprezentujące różne odłamy syjonizmu, nastawione na przygotowanie poprzez edukację i praktykę zawodową, głównie rolniczą, do wyjazdu do Palestyny i budowanie tam żydowskiego państwa – istniały na ogół krótko, ale w pierwszym okresie skupiały największą liczbę dzieci; pod koniec 1946 miało być 27 takich placówek z ponad tysiącem dzieci.
Bezpieczeństwo fizyczne dzieci do roku 1947 było poważnym problemem (odbijało to sytuację całej społeczności żydowskiej). Domy leczniczo-wychowawcze w Rabce i Zakopanem zostały szybko zlikwidowane: placówka w Rabce była celem regularnego ataku podziemia i przestała istnieć już w sierpniu 1945, w Zakopanem – wiosną roku następnego. W zbiorach POLIN znajduje się zaproszenie dla „Prezesa Komitetu Żydowskiego w Białymstoku” na otwarcie 12 sierpnia 1945 domu dziecka w Bielsku. Pierwszym jego mieszkańcem była grupa starszych chłopców z Białostocczyzny, ewakuowanych z tego regionu ze względu na brak bezpieczeństwa. Dom dziecka z Lublina został przeniesiony na Dolny Śląsk, do Pietrolesia (Pieszyc). Sądzono, że na Ziemiach Odzyskanych aura społeczna wobec Żydów będzie przychylniejsza. Co okazało się prawdą tylko po części.
Poza konsekwencjami zdrowotnymi Zagłada miała dla dzieci skutki psychologiczne. Urazy psychiczne, traumy przejawiały się u części dzieci stanami lękowymi, raportowanymi przez opiekunów placówek wychowawczych nocnymi krzykami, nerwicami; TOZ stwierdziło problemy tego rodzaju u jednej czwartej dzieci repatriowanych (Archiwum ŻIH, zespół TOZ, sygn. 9). A cóż dopiero u dzieci, które przeżyły w Polsce. Diagnozowaniem stanu dzieci, przede wszystkim z domów dziecka, zajmowała się Poradnia Leczniczo-Wychowawcza i Zawodowa. Ważną częścią pracy tej instytucji było poradnictwo zawodowe – chodziło o to, żeby młodzi ludzie możliwie adekwatnie, zgodnie z aspiracjami, ale też możliwościami psychofizycznymi i intelektualnymi wybierali drogę zawodową. Dążono do jak najlepszego osadzenia ich w otaczającym świecie. Zagłada, która była sytuacją traumatyczną w stopniu mało z czym porównywalnym, zostawiała u wielu trwałe ślady, rozpoznawane po dziesięcioleciach jako zespół stresu pourazowego (Post Traumatic Stress Disorder, PTSD), często o szerokich konsekwencjach w życiu tych, którzy go doświadczyli. Założenia pracy Poradni były szerokie i nawiązywały do przedwojennej tradycji opieki psychologiczno-wychowawczej: „Chodzi nam nie tylko o leczenie przypadków o charakterze patologicznym, ale przede wszystkim o wprowadzenie w życie zasad higieny psychicznej w odniesieniu do każdego dziecka żydowskiego” (Sprawozdanie z działalności Poradni Neuro-Psychologicznej i Wychowawczej za wrzesień 1945, AŻIH, Wydział Oświaty, sygn. 133, k. 23).
Niektóre dzieci, zwłaszcza te, które przeżyły wojnę w Polsce, przeżywały stan, który można nazwać kryzysem tożsamości. Bycie Żydem było zagrażającym piętnem, z którym można było sobie poradzić, w ich mniemaniu, jedynie uciekając od niego. Wszystkie organizacje żydowskie zainteresowane były tym, by dzieci, które znalazły się u opiekunów-Polaków, wróciły albo do rodziców lub najbliższych krewnych, albo pod opiekę tych instytucji. „Powroty” takie były często dramatyczne: nie tylko ze względu na więź dziecka z opiekunem (czasem mocną, autentyczną, ale czasem słabą czy wręcz negatywną), ale lęk „przed Żydami”. Dzieci nie chciały wracać do żydowskiego środowiska, uciekały.
Przed żydowskimi instytucjami opiekuńczymi stało zadanie nie tylko zapewnienia dzieciom bytu i bezpieczeństwa, ale rehabilitacja psychiczna i próba przekonania wychowanków, że życie ma sens, rodzaj rehabilitacji filozoficznej. Syjoniści swoją „rehabilitację” widzieli w opuszczeniu kraju, w którym Żydzi doznali nieskończonych upokorzeń i w końcu Zagłady, i budowanie własnego państwa, w którym już nigdy ich ludzka godność nie będzie niszczona. Instytucje podlegle Komitetom Żydowskim nastawione były na odbudowę życia w Polsce, ich lewicowa (nie tylko komunistyczna) ideologia miała duży potencjał pomocy psychologicznej. Punkt pierwszy uchwalonych w lipcu 1945 założeń dziecięcych instytucji opiekuńczych Komitetów Żydowskich mówił o zaszczepieniu dzieciom poczucia godności ludzkiej, punkt trzeci – o wpajaniu poczucia narodowej godności żydowskiej. Punkty te były rozwijane następująco: „dzieciom przy każdej okazji należy wpajać myśl: zwycięstwo demokracji oddało ci człowieczeństwo, twoją rzeczą teraz, będąc świadomym swych praw, w pełni z nich korzystać i nie płaszczyć się przed nikim w poczuciu swojej równości” (Wskazówki dla wychowawców realizujących wskazówki ideologiczno-wychowawcze w domach dziecka, AŻIH, Wydział Oświaty, sygn. 133).
Po wojnie zmieniła się także otoczka wokół takich instytucji jak domy dziecka. To już nie przedwojenne „sierocińce”, ale instytucje, w których dzieci doświadczone przez los mają mieć takie same prawa jak inne dzieci, mają rosnąć w poczuciu szacunku do siebie i innych, a praca i umiejętność współpracy stanowią centralne wartości wychowawcze. To szeroki wachlarz założeń „korczakowskich”, Korczak przywoływany jest wprost, niektóre domy dziecka noszą jego imię.
Jeszcze jeden element dla psychologicznej i duchowej odbudowy osieroconego dziecka żydowskiego miał bardzo duże znaczenie: relacje z wychowawczynią/wychowawcą, czyli ważną osobą dorosłą. Relacji tych nie należy idealizować, ale we wspomnieniach dzieci i młodzieży nierzadko pracownicy domu pełnią ważną funkcję opiekuńczą i socjalizacyjną. Z dziećmi łączy ich wspólnota losu, ponadto wielu z nich – co zaskakujące, zważywszy wojnę i sytuację powojenną (wyjazdy wielkich grup ludzi) – ma przygotowanie pedagogiczne. W zbiorach POLIN znajdują się listy wychowanki otwockiego domu pisane w 1947 z Francji, potem Palestyny, do jego dyrektorki, Luby Blum-Bielickiej. Listy te świadczą o niezwykłej więzi i roli Blum-Bielickiej w życiu dziewczynki. Przy okazji korespondencja ta jest zapisem historii emigracji młodzieży z Polski. Jakaś jej część wyjeżdżała legalnie dzięki staraniom Agencji Żydowskiej, głownie do Francji, gdzie w dobrych warunkach oczekiwała na równie legalny wyjazd do Palestyny (do 1948 miało w ten sposób wyjechać około 1,5 tys. dzieci, głównie z Polski, zob. „L’aliah des jeunes”, Paris 1948, s. 7). Inna część wyjeżdżała nielegalnie, wyjazdy takie organizowała organizacja Bricha. Wówczas droga prowadziła zazwyczaj przez Alpy do Włoch, gdzie grupy oczekiwały na statek do Palestyny. Podróż taka kończyła się często internowaniem nielegalnych, z punktu widzenia Wielkiej Brytanii, imigrantów i osadzeniem w obozach na Cyprze (pisze o tym na przykład Irit Amiel w książce autobiograficznej „Życie – tytuł tymczasowy”).
Historia tu opowiedziana kończy się w 1950 r., gdy upaństwowienie żydowskich instytucji, także dziecięcych, likwidacja kulturowego i politycznego pluralizmu – zmienia bieg historii Żydów w Polsce.
Helena Datner
