Bio-faktura. Helena Berlewi
Wazon wydaje się wyrastać z ziemi. Jeśli wazonik, w którym stał bukiet drobnych czerwonych kwiatów w osłonie liści, wykonany został ze szkła, to w istocie był z ziemi, bo głównym składnikiem szkła jest piasek kwarcowy. Jeśli był z porcelany – podobnie. Keramos to po grecku ziemia lub glina. Wazon ściska i trzyma ten bukiet, tak jakby był napiętym mięśniem, mocarną łapą, która chwyciła i nie wypuści. Nikt tak jak Helena Berlewi nie potrafił ukazać materialności kwiatów.
„Ni nature, ni morte”, pisze o przedstawieniach martwej natury francuski psychoanalityk Gerard Wajcman: „martwa natura nie opowiada historii natury, ale historię ciał. Chociaż ciał tam nie widać, to właśnie ciało jest wielkim nieobecnym martwej natury”. Badacz mówi, iż dzieje się tak dlatego, że martwa natura ukazuje przedmioty z najbliższego otoczenia człowieka, które są źródłem przyjemności i rozkoszy, a więc źródłem życia. Dlatego wazon w kompozycji Heleny Berlewi przykuwa uwagę w równym stopniu co kwiaty. Tak jak one jest żywy. Każdy element obrazu jest żywy, również podpis. Przez lata definiowano Helenę Berlewi jako malarkę kwiatów. Taki tytuł nosi film Konstantego Gordona „Kwiaty Hel Enri” (1967).
Nic bardziej błędnego. Na jej obrazach malowanych temperą i obrazach olejnych, pracach na papierze akwarelą, flamastrami czy tuszem, widać kwiaty, jednak są one jedynie przejawem problematyki, która ją zajmowała, a która jest bardziej złożona niż reprezentacja fragmentu otaczającego świata. Tą problematyką jest wiązanie, łączenie i przepływ – a więc komunikacja podmiotu ze światem. To, iż jest to podmiot kobiecy, ma swoją wagę. Sztuka kobiet powstaje często jeśli nie w polemice, to przynajmniej w dialogu – z językiem narracji dominującej. Wybierając kwiaty, Helena Berlewi, której twórczość datuje się od 1952 do 1973 roku, sytuowała się wobec dwóch nurtów tej narracji. Pierwszym była scena sztuki profesjonalnej, na której kwiaty wraz martwą naturą należą do gatunku o niższym statusie, przypisanego kobietom i malarzom naiwnym. Drugim – artystyczna kariera i dorobek jej syna Henryka Berlewiego, wybitnego twórcy polskiej i międzynarodowej awangardy lat 20. XX wieku.
Hel Enri i pole sztuki współczesnej
Helena Berlewi, występująca jako Hel Enri, zadebiutowała w 1954 r. na wystawie indywidualnej w galerii M. Bénézit w Paryżu. Było to miejsce nawiązujące do tradycji École de Paris, wystawiano tam sztukę emigrantów, takich jak Józef Czapski, Kim Whanki, Michel Adlen, Zawado, Boris Taslitzky, oraz artystów nieprofesjonalnych. Berlewi mieściła się w obu tych kategoriach. Podejmując gatunek martwej natury, a szczególnie kwiatów, artystka – jak mówi nam socjologia sztuki – postąpiła zgodnie ze swoją dyspozycją. Jej status klasowy ze względu na pochodzenie był wysoki. Urodzona w 1873 w Warszawie, pochodziła z zamożnej rodziny. W młodości kształcona artystycznie w kierunku muzycznym na prywatnych lekcjach śpiewu, wychowana była, jak wiele córek z domów żydowskich pod koniec wieku XIX, w kulturze i języku polskim oraz kulturze jidysz. Wyszła za mąż, mając lat osiemnaście. Wcześnie, bo już w 1912, straciła męża, Izaaka Berlewiego, który był, o ile możemy to zrekonstruować dzisiaj, człowiekiem głęboko religijnym. Miała troje dzieci, dwóch synów i córkę, najstarszy syn Henryk zdobył wykształcenie plastyczne – studiował w akademiach sztuki w Warszawie, Paryżu i Antwerpii. Po emigracji syna, w 1928 r., mieszkała prawdopodobnie w Nicei, być może także dzieląc swój czas między Paryż a Antwerpię, gdyż w tych dwóch miastach tworzył i pracował jej syn Henryk. Wojnę i Zagładę przeżyli we Francji. Berlewi mieszkała po wojnie wspólnie z Henrykiem w Paryżu, zaś ich status materialny znacznie się pogorszył. Po jego śmierci w 1967 r. nie przerwała swej twórczości.
Wybór motywu kwiatów w 1952 r., z którego datuje się jej pierwsza znana praca, potwierdzał jej społeczną pozycję, osoby posiadającej wysoką kulturę literacką i artystyczną, ale jednak wciąż jedynie gospodyni domowej. Kwiaty są popularnym motywem w twórczości malarek nieprofesjonalnych. We francuskiej historii malarstwa najlepszym przykładem jest Séraphine Louis, której promotorem i odkrywcą był Wilhelm Uhde. Kwiaty w wypadku malarek kobiet i malarek określanych jako naiwne odpowiadają na pewną społeczną potrzebę. Malarka rozpoczynająca swoją twórczość od bukietu kwiatów nie zaburza habitusu, gwarantuje również, że porządek płci nie zostanie zachwiany. Norman Bryson uchwycił status martwej natury pośród innych gatunków malarskich jako niższy, bo przypisany elementowi kobiecemu, rozpoznając jego zabarwienie związane z płcią kulturową. Nie oznacza to koniecznie, że wykonywały go głównie i przede wszystkim kobiety, lecz że jako związany z przestrzenią domu, czynnościami związanymi z podtrzymaniem opieki, był traktowany jako pośledni. Według Brysona opozycja między gatunkami o wysokiej randze, jak malarstwo historyczne, a martwą naturą sprowadza się do sprzeczności między tym, co podniosłe, heroiczne, a tym, co wiązane z intymnością i codzienną rutyną. Należy uzupełnić, że przyczyny tej polaryzacji osadzone są w społecznych determinantach różnicy płci, w kulturowych narracjach o kobietach i kobiecości. Elisabeth Grosz zauważyła, że na Zachodzie ciało kobiety konstruowane jest jako niekontrolowane, płynne, bez wyraźnych konturów czy granic, jako bezforemny wypływ, a przez to odbierane jako zagrożenie dla tego, co uporządkowane, usystematyzowane i odczytywane jako męskie. Owa płynność czy bezforemność współgra z tym, że kobiecość w historii kultury wiązana jest z naturą, a często dodatkowo osadzona w kategoriach kojarzonych z resztką, brudem, chorobą, tym, co nieczyste.
W twórczości Hel Enri, a zwłaszcza w fazie początkowej, pomiędzy 1952 a 1958 r., znajdują się klasycznie traktowane kompozycji kwiatowe: kwiaty w bukietach, niekiedy w wazonach. Do takich należy praca ze zbiorów POLIN namalowana przez artystkę farbami wodnymi na papierze w 1957. Jednakże nie była to reguła. Z około 1952 pochodzą również kompozycje, gdzie elementy w postaci kwiatów, gałązek lub liści rozrzucone są po płaszczyźnie obrazu i wcale nie mamy pewności, czy to płaszczyzna wertykalna, czy horyzontalna. Rzecz bliska jest abstrakcji/ornamentowi. Z czasem jej sztuka ewoluowała – w tym właśnie kierunku. Kwiaty uwalniały się z wazonów i bukietów, przekształcały się w motywy roślinne, pejzażowe, w kompozycje metaforyczne. Wzmagało się odczucie płynności, postrzępienia, niejednoznaczności, zaburzenia grawitacji, tak jakby Hel Enri pozwalała dojść do głosu temu, co w kobiecości przez kulturę konotowane negatywnie. Niektóre z jej kompozycji z lat 60. daleko odchodzą od modelu martwej natury. Jeśli spojrzeć na te prace w perspektywie proponowanej przez krytyczne studia nad płcią kulturową, należałoby powiedzieć, że w pracach Hel Enri kulturowa norma kobiecości jest rozsadzana poprzez radosną, energiczną, pełną rozkoszy afirmację tego, co kobiece, a przez to same podstawy ustanowienia owej normy zostają podważone.
Helena i Henryk
W tekście o jej malarstwie zatytułowanym „Mowa kwiatów” i opublikowanym w 2019 r. w katalogu monograficznej wystawy artystki, zorganizowanej przez warszawską Galerię Wejman, użyłam określenia „bio-faktura”. Twierdziłam, że sposób konstruowania przestrzeni w pracach Hel Enri jest analogiczny do myślenia o obrazie, jaki reprezentował jej syn Henryk, twórca pojęcia „mechano-faktury”. Chciałabym to rozwinąć, by uniknąć wrażenia, jakoby był to jedynie językowy koncept, który nie niesie za sobą żadnych teoretycznych konotacji. Bio-fakturowość prac Berlewi stanowi o ich wyjątkowości. Oraz o ich odmienności od tego, co się powszechnie nazywa sztuką naiwną lub sztuką malarzy amatorów.
Mechano-faktura, której program został sformułowany przez Henryka Berlewiego w latach 1923-1924, polegała na pewnej translacji. Berlewi uważał, że zgodne z duchem nowoczesnym jest płaskie i dwuwymiarowe traktowanie powierzchni obrazu. Obraz miał operować środkami, które są właściwe jego naturze, jego materialnym właściwościom, zaś tymi właściwościami są znajdujące się na powierzchni dwa wymiary. Stąd wszelkie wrażenia fakturowe powinny być wyrażone językiem obrazu. Rzeźbiarskość, haptyczność, kolażowość, asamblażowość, a więc ingerencja trzeciego wymiaru powinna zostać usunięta. Obraz ma być płaski, inaczej przestaje być obrazem. To, co później głosił Clement Greenberg, prymat słynnej „flatness” – płaskości jako reguły nowoczesnego malarstwa, było już wcześniej i radykalnie sformułowane przez Henryka Berlewiego. Artysta w okresie programowej współpracy ze środowiskami konstruktywistycznej i postdadaistycznej awangardy w latach 1923, 1924 ściśle trzymał się tej recepty w swoich kompozycjach. Wprowadzał płaskie, wyrażane jedynie układem linii ekwiwalenty materiałów i faktur.
W 1952 r. mechano-faktura była już dla niego przeszłością. W drugiej połowie lat 20. XX w. odszedł od form awangardowych i zajął się malarstwem portretowym i martwą naturą. Tuż po wojnie rozpoczął się w jego sztuce okres „reintegracji przedmiotu”. Dopiero pod koniec kolejnej dekady powrócił do sztuki abstrakcyjnej i na wystawach zaczął się pojawiać jako twórca mechano-faktury. Przełomowy był rok 1957, gdy brał udział w wystawie prekursorów polskiej abstrakcji w Galerie Denise René w Paryżu oraz w zorganizowanej przez Michela Seuphora wystawie „50 lat malarstwa abstrakcyjnego” w Galerie Creuse. Można się zastanawiać, na ile w tym jego powrocie, w otwarciu na nowo oczu na wartości powierzchni obrazu, odegrało rozpoczęcie drogi twórczej przez Hel Enri. Gdy Hel Enri po raz pierwszy sięgała po pędzel i farby, a więc w 1952 r., była bliżej sztuki awangardowej z jej radykalizmem i reduktywizmem niż w tym czasie jej syn Henryk. Stawiam tezę, że po pierwsze, swoją bio-fakturą przypomniała o mechano-fakturze Henryka Berlewiego. Po drugie, przekładała ideę mechano-faktury na język i mowę przyrody. A po trzecie: prowadziła z nią szczególną polemikę, z kobiecego, antyformalistycznego, punktu widzenia. Wraz z ewolucją w stronę bardziej abstrakcyjnego traktowania elementów obrazowych Berlewi kierowała uwagę na samo medium; opisywała i definiowała obraz jako rezultat współgrania ze sobą dwóch wymiarów.
„Flatness” towarzyszyła jej krok w krok. Artystka ściśle trzymała się zasady, że obraz jest dziełem płaskim, ale także – co również jest bliskie założeniom radykalnej awangardy – że swoistym zadaniem obrazu jest opisywanie własnych warunków powstania. Wrażenie pulsowania powierzchni, jej wirowanie, wprowadzanie unerwionej biologicznej faktury różnicującej odrębne kształty – to szczególne cechy malarstwa Heleny Berlewi. O ile w okresie mechano-faktury Henryk chciał oddawać przy pomocy rastra odmienne właściwości materiałów, o tyle Helenę interesowały różne rodzaje tkanek. Tworzyła ekwiwalenty bytów o zróżnicowanej fakturze komórkowej i odmiennym DNA.
Obraz i historia/doświadczenie
Jak wiemy, nie ma widzenia obiektywnego. Każdy patrzy we własny sposób. Także dlatego, że widzenie nie jest bierne. Jest aktywnością zakorzenioną w konkretnej jednostce, jej ciele, upodobaniach, doświadczeniach. Jest też warunkowane przez zbiorowość i rządzące nią społeczne umowy. Jak pisał John Berger, widzenie wymaga wysiłku: „Widzimy tylko to, na co patrzymy. Patrzenie jest aktem wyboru” („We only see what we look at. To look is an act of choice”). Dla André Bretona „oko w stanie dzikim” jest synekdochą podmiotu. Jest odrębnym bytem, który rządzi się własnymi impulsami i pragnieniami, który potrafi wznosić się wysoko w górę i zagłębiać ostro pod ziemię. Jest to cielesna sonda powiązana z mózgiem, rodzaj organicznego drona. Idąc za okryciami fizjologii widzenia i surrealizmu, Władysław Strzemiński w swojej teorii sztuki posługiwał się kategorią „powidoku”. Powidoki są różnych rodzajów. Mogą być związane z krótkotrwałą, momentalną i fizjologiczną pamięcią, są to wtedy ruchome, przemieszczające się pod powieką obrazy, które powstają na siatkówce pod wpływem patrzenia w źródło światła. Jednak według Strzemińskiego są także powidoki pamięciowe, związane mechanizmem dłuższej pamięci zakorzenionej w historii i doświadczeniach jednostki. Są to obrazy, które zachowujemy w naszym zbiorze widzianego i które powracają, nieraz stając dosłownie przed oczami, w postaci wyrazistej, odtworzone co do szczegółu. Można zapytać, jakie były powidoki Hel Enri i jaką historię opowiadają jej kompozycje roślinne.
Helena Berlewi urodziła się w rodzinie żydowskiej jako Helena Szrajber. W 1928 zdecydowała się wyjechać z Polski. Niewątpliwie na tę decyzje wpłynęło to, że Polskę opuścił jej syn. Być może w tym samym czasie wyjechały inne jej dzieci: Marian Berlewi, redaktor książek, znawca historii religii, oraz Róża/Stephanie, która miała wykształcenie muzyczne. Po wojnie mieszkali w Paryżu. Nie ma jednak potwierdzenia, że byli tam w czasie rozpoczęcia wojny. Można zrekonstruować, że po inwazji niemieckiej na Francję Helena, jej córka Róża i Henryk znajdowali się w regionie Nicei. Nicea miała szczególny status, gdyż przez pewien czas, aż do kapitulacji Włoch, była pod zarządem włoskim. Poprzez tereny Vichy przedostało się tam kilkadziesiąt tysięcy Żydów, którzy też znaleźli tam schronienie. Pierwsze deportacje z tego regionu zaczęły się, gdy wkroczyli naziści, we wrześniu 1943 r. Prawdopodobnie wtedy w obozie przejściowym – miały zostać stamtąd deportowane do Drancy, a następnie do obozu zagłady – znalazła się Helena i jej córka. Fakt ten został opisany w relacji Izabeli Czajki pod tytułem „Piękny wieczór”, opublikowanej w tygodniku „Świat” w 1957. Udało im się stamtąd wydostać. Nie wiadomo, gdzie przebywały potem i w jaki sposób uchroniły się przed kolejnymi deportacjami. Oraz w jaki sposób i gdzie ocalał Henryk. W 1965 Helena udzieliła wywiadu gazecie „Jewish Press” w Nowym Jorku; powiedziała, iż w czasie wojny zginęło pięćdziesięciu sześciu członków jej rodziny (zob. przedr. w: „Hel Enri. Retrospective 1952-1970”, Lyon 1970). Ta skrótowa informacja jest świadectwem, że miała ścisły kontakt z rodziną ocaloną w Polsce. W jednym z wywiadów artystka nazwała malowanie sposobem wspominania.
Jej prace, zwłaszcza te, w których widzimy sploty i rozgałęzienia, które zdają się same nawzajem siebie utrzymywać w samowystarczalnej, rozpiętej w granicach obrazu sieci, przypominają w swojej strukturze sposób opowiadania. W opowiadaniu historia się rozgałęzia, rozkwita – jak powiada Roland Barthes – „każdy punkt opowiadania promieniuje równocześnie w kilku kierunkach”. Rośliny Hel Enri mogą spełniać symboliczną funkcję kabalistycznego Drzewa Życia, ale są także ożywionym drzewem genealogicznym. Ukazują – w sposób organiczny i biologiczny – historię powstawania życia, wiązania się w pary, rozdwajania i rozwidlania. Nieraz mamy wrażenie, że nieprzypadkowa jest liczba pąków, owoców, gałązek, kwiatów.
Wraz z obrazem Hel Enri namalowanym w Paryżu w 1957 r. trafiła do zbiorów Muzeum POLIN także praca na papierze Henryka Berlewiego z dedykacją dla Karola Kuryluka i jego żony Marii: „Panu Ministrowi Karolowi Kurylukowi i jego Szanownej Małżonce w dowód trwałej i serdecznej przyjaźni”, z datą 30 lipca 1966.
Ich córka Ewa Kuryluk przekazała te obiekty do kolekcji Muzeum. Jak wspominała Izabela Czajka, inicjatorka pierwszej wystawy Hel Enri w Polsce w 1958, do wystawy tej doszło dzięki zaangażowaniu Karola Kuryluka, ówczesnego ministra kultury. Gdy Henryk i Helena byli w kraju w 1966, ofiarowali swoje prace Karolowi i Marii. Praca Henryka Berlewiego „Naissance de l’Objet” pochodzi z 1953 r. i jest wykonana w technice litografii. Przedstawia zawieszony w sieci kilkunastu zamaszystych cyrkularnych linii wazon, stojący na stole. Odbitka nawiązuje do jego obrazu z 1950 r. (dostęp 23.09.2024), przetwarza zasadniczy motyw, mocno go modernizując. Ukazuje mechanizm tworzenia formy, jej osadzenie w kompozycji obrazu, jest interpretacją architektury wcześniejszego płótna.
Dwie prace – Hel Enri i Henryka Berlewiego – w kolekcji POLIN są zarazem sobie bliskie i dalekie. Henryk Berlewi stawia sobie za zadanie analizę i obiektywizację widzianego. Jego język plastyczny mówi o separacji, strukturze widzenia i translacji widzianego na język obrazu. Stół i przedmiot na stole utwierdzają status quo, implikują dom i mieszkanie, codzienność i ład codzienności. Hel Enri również mówi o codzienności. Cóż zwyklejszego i bardziej potwierdzającego domowy ład niż bukiet kwiatów w wazonie. Jednocześnie jej sztuka otwiera okno na gigantyczny przeciąg, w którym przedmiot i podmiot, rzeczy i ludzie, wzrok i dotyk zamieniają się miejscami. Ukazuje nieustanną radość i rozkosz aktywnego widzenia. Jednocześnie przeniknięta jest własną cielesną pamięcią i pamięcią o zmarłych. Parafrazując tytuł pracy Henryka, można powiedzieć, że są fragmentem opowieści o „narodzinach podmiotu”.
Dorota Jarecka
Wybrana literatura:
Roland Barthes, „Wstęp do analizy strukturalnej opowiadań”, przeł. Wanda Błońska, „Pamiętnik Literacki” 1968, z. 4.
John Berger, „Ways of Seeing”, Penguin Books, 1972. Henryk Berlewi, „Mechano-faktura”, Wydawnictwo Jazz, Warszawa 1924.
Norman Bryson, „Looking at the Overlooked: Four Essays on Still Life Painting”, Reaktion Books, London 1990.
Izabela Czajka, „Hel Enri przyjeżdża”, „Świat” 1958, nr 36.
Izabela Czajka, „Piękny wieczór”, „Świat” 1957, nr 18. Konstanty Gordon, „Kwiaty Hel Enri” [film dokumentalny], Wytwórnia Filmów Oświatowych w Łodzi, 1967.
Elisabeth Grosz, „Volatile Bodies: Toward a Corporeal Feminism”, Indiana University Press, 1994.
L.W. Harris, „Grandma Moses of Paris Visits America”, w: “Hel Enri. Retrospective 1952–1970”, Galerie Verriere, Lyon, 1970.
Dorota Jarecka, „Mowa kwiatów”, w: „Hel Enri (1873–1976). Potęga koloru”, Wejman Gallery, Warszawa 2019.
Dorota Jarecka, „Słońce szyjo ścięta”, w: „Patrząc w słońce. Hanna Orzechowska”, red. Dorota Jarecka, Luiza Nader, Warszawa 2024.
Luiza Nader, „Afekt Strzemińskiego, «Teoria widzenia», rysunki wojenne, «Pamięci przyjaciół – Żydów»”, Muzeum Sztuki w Łodzi, ASP w Warszawie, IBL PAN, Warszawa-Łódź 2018.
Gérard Wajcman, „Ni nature, ni morte. Les vies de la nature morte”, Editions Nous, 2022.
Zobacz również biogram Heleny Berlewi na portalu Wirtualny Sztetl.
