„Warszawa 1942”. Spojrzenia z fotografii

Przemysław Kaniecki

Książka Franza Blättlera „Warschau 1942”, którą w latach 70. XX w. Tomasz Szarota uznał za najcenniejszą z relacji obcokrajowców o okupowanej Polsce, została opublikowana w Zurychu w 1945 roku, w niewielkim nakładzie. Przez wiele lat miała tylko tę jedną edycję. Zawierała oprócz tekstu kilkanaście zdjęć, przy czym wydawcy zaznaczyli w przedmowie, że otrzymali od autora więcej materiałów, niż znalazło się ostatecznie w książce. Dotąd ich nie znaliśmy.

Relacja kierowcy ambulansu

Jak wskazuje podtytuł książki: „Tatsachenbericht eines Motorfahrers der 2. schweizerischen Aerztemission 1942 in Polen”, jest to relacja szwajcarskiego kierowcy, który wyjechał na początku 1942 r. do okupowanej Polski w ramach misji medycznej. Są to wspomnienia z 10 tygodni jego pobytu, głównie w Warszawie (taki też układ – podział na 10 rozdziałów – ma książka). Już w latach 70. Tomasz Szarota rozpoczął poszukiwania diarysty, chciał opracować publikację polską. Przez wiele lat żmudne próby odnalezienia go nie przynosiły jednak rezultatów. Jak się okazało, nie tylko z powodu utrudnień komunikacyjnych przy międzynarodowym kontakcie, dodatkowo skomplikowanych ze względu na nieistnienie już wydawnictwa F.G. Micha. Okazało się, że nazwisko „Blättler” było pseudonimem. Po wielu latach Szarocie udało się ustalić autora. Był nim Franz Mawick, zmarły w latach 60. Historyk nawiązał kontakt z jego rodziną, uzyskał zgodę na polską edycję, opracował ją i doprowadził do druku książki. 

„Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji lekarskiej” ukazały się w 1982 roku. Wydrukowane zostały ze stosunkowo niewielką liczbą fotografii, i tylko zreprodukowanych z zuryskiego wydania, ponieważ sądzono, że oryginalny materiał ikonograficzny przepadł. Szarota opisał to krótko we wstępie do polskiego wydania: „Jak wynika z relacji żony, pobyt w okupowanej Polsce był dla Mawicka wstrząsającym przeżyciem. Zdarzało się, że jeszcze po kilku latach dręczyły go koszmarne sny, budził się w nocy, nie mógł zasnąć. Trudno się też dziwić, że niechętnie powracał w rozmowach do dni warszawskich. Chciał o nich zapomnieć, zniszczył zapiski i niestety także zdjęcia, których tylko część zamieszczono w wydanej książce. Wielka to, bo niepowetowana strata”. 

Wydaje się, że co najmniej część tego wstrząsającego materiału jednak ocalała. Zachowała się w zbiorach Helmy Spethmann. 

Była to niemiecka pielęgniarka, która przebywała w tym samym czasie w Warszawie co Mawick (i na pewno znała go, Mawick w książce kilkakrotnie pisze o spotkaniach z różnymi siostrami, jeździ też do lazaretów na zmiany swoich opatrunków). Oryginalne odbitki przekazane zostały do Muzeum POLIN przez jej siostrzenicę, Ingelene Rodewald, która wcześniej opublikowała je w książce „Zeugin des Grauens. Helmy Spethmann und ihre Fotografien aus dem Warschauer Ghetto” (Świadkini okrucieństwa. Helmy Spethmann i jej fotografie z getta warszawskiego, 2014). Opracowując publikację, popełniła błąd, przypisała ciotce autorstwo wszystkich zdjęć z jej zbiorów. Nie potrafiła też, siłą rzeczy, skontekstualizować fotografii cmentarnych (tych, o których wolno sądzić, że wykonał je Franz Mawick). A ich wartość jest znacznie wyższa, kiedy widzi się w nich wizualny ekwiwalent opisu Mawicka, kiedy osadza się dane zdjęcia w kolejnych fragmentach jego relacji z domu pogrzebowego i cmentarza. Rzecz jasna zresztą, że i sam tekst wiele zyskuje, kiedy reportażową opowieść pełniej zasila narracja obrazowa, sprzężona ze sprawozdaniem z kolejnych kroków i obserwacji.

Jeśli zna się okoliczności powstania zdjęć, na co najmniej kilku odbitkach uwyraźnia się, jak fotograf jest – dosłownie – oprowadzany przez Żydów, jak są mu przez nich pokazywane kolejne kręgi tego świata śmierci. Pokazują go, otwierają karawany, podnoszą ciała, demonstrują swoje czynności, niekiedy tylko wymownie patrzą na osobę wykonującą zdjęcia. Gdy nie znamy kontekstu – nie wiemy, jaki stosunek mają do fotorelacji Żydzi, można by nawet domyślać się przymusu. 

(Wiele z poniższych ilustracji to fragmenty zdjęć. Ze względów etycznych nie pokazujemy ludzkich ciał w portalu Kolekcje.

Przywołajmy fragment relacji Mawicka z pierwszej – z dwóch – zimowych wypraw na cmentarz żydowski. To obraz inicjalnego kontaktu. Uchwycone zostało tu przełamanie początkowej nieufności ze strony spotkanego Żyda: 

„Podchodzi do mnie stosunkowo dobrze ubrany cywil z żydowską opaską na ramieniu i gwiazdą syjońską na czapce. Przedstawia się jako żydowski policjant. Płynną niemczyzną pyta, czego sobie życzę. Ciągle jeszcze znajduję się w zasięgu wzroku wartownika niemieckiego, i melduję z wyraźnie szwajcarskim akcentem, że chcę obejrzeć cmentarz. Wskazuję na moją czapkę z krzyżem szwajcarskim, patrzę przenikliwie w jego twarz i mówię tylko: «Szwajcar, Czerwony Krzyż». Zdaje mi się, że widzę, jak w człowieku tym natychmiast dokonuje się jakaś zmiana. Te dwa słowa zdają się mieć cudowne działanie. Jego nieprzystępność znika, otwiera szybko barierę i prosi, żeby iść za nim. Na dziedzińcu widzę pełno taczek ręcznych. Leżą na nich zwłoki mężczyzn, kobiet i dzieci, powrzucane niedbale jedne na drugie, na ogół nagie, okropnie wychudzone, pokryte wrzodami i ranami” (s. 63, 64). 

W opublikowanej książce fotografie są wkomponowane w odpowiednie fragmenty tekstu. W tej części książki zdjęć jest siedem, każda opatrzona została krótkim komentarzem, natomiast jedna – komentarzem kilkuzdaniowym, opisowym. Zaczyna się od słów: „Żyd, który zebrał widoczne na tym zdjęciu zwłoki, w następujący sposób określił przyczynę śmierci ludzi leżących na wózku […]” (s. 69). Fotografowany człowiek stoi nieruchomo i patrzy w obiektyw. Przez to, że daje się tak sfotografować przy pokazywanych i komentowanych przez siebie wcześniej ciałach, jakby dodatkowo poświadcza złożone przez siebie świadectwo, chciałoby się powiedzieć: sygnuje je.

Znajomość sytuacji wykonania zdjęć znalezionych w zbiorze Helmy Spethmann warunkuje więc ich zupełnie inny odbiór. Ukazani Żydzi znali intencje Szwajcara lub domyślali się ich, patrzenie w obiektyw odczytujemy jako sankcjonujące jego działania dokumentacyjne. Na niektórych fotografiach wprost uderza teraz postawa przyzwolenia, więcej nawet: woli bycia fotografowanym. Żydzi wspierają proces dokumentacji, niektórzy pomagają w „makabrycznej inspekcji” – jak określa ją wstrząśnięty Mawick. Ten niezwykły aspekt opieki nad fotografem, aktywnego uczestniczenia w jego działaniach nie był wychwytywalny bez osadzenia obrazów w narracji słownej. Dopiero dziś pełniej rozumiemy spojrzenia Żydów i Żydówek. Tym bardziej są one przeszywające, że postawę tych ludzi dookreśla wyznanie jednego z nich, padające w książce: 

„«Czy mogę panu jako Szwajcar zadać parę pytań?». Obserwuje mnie uważnie i odpowiada poważnym głosem: «Dlaczego nie? Przecież wcześniej czy później będę dokładnie tak samo leżał w tamtym miejscu jak ci, których pan oglądał»” (s. 68). 

Należy dodać do tej wypowiedzi – objaśniającej w tak szokujący sposób brak obaw przed uczestniczeniem w oprowadzaniu – że Żyd ten jednocześnie wypełnia nakaz Tory, z m.in. Księgi Kapłańskiej, nieuchylania się przed zaświadczaniem o złu (5,1). Jest to, jak przypomina Jacek Leociak, gdy komentuje działalność historyków tworzących Archiwum Getta Warszawskiego, najgłębszy fundament historiografii żydowskiej (zob. „Archiwum Ringelbluma. Antologia”, seria Biblioteka Narodowa, Wrocław 2019, wstęp, s. LXX).

 

Gdybyśmy nie wiedzieli, że zdjęcia wykonywał ktoś, kto poruszał się ze znakiem Czerwonego Krzyża na czapce i miał  dzięki temu zgodę na fotografowanie, zbiór zdjęć cmentarnych byłby mocno niejednoznaczny pod względem etycznym. Sytuację wykonywania zdjęć można by wówczas wręcz traktować jako przemocową (szerzej na temat etycznych wątpliwości w odniesieniu do dzisiejszego funkcjonowania zdjęć z Zagłady pisze m.in. Susan A. Crane, „Choosing Not to Look: Representation, Repatriation, and Holocaust Atrocity Photography”, „History and Theory” 2008, nr 3). 

Zbiory pielęgniarki

Możemy tylko domniemywać, w jaki sposób fotografie Franza Mawicka trafiły do sanitariuszki Helmy Spethmann.

Niemka przebywała w okupowanej Warszawie w tym samym czasie co szofer, choć nieco dłużej, bo ona od wiosny 1941 do jesieni następnego roku. Pracowała w Reservelazarett III (przy ul. 6 Sierpnia, obecnie Nowowiejskiej). Niestety nie dysponujemy oryginałami materiałów na temat Spethmann, opieramy się na relacji jej siostrzenicy, wspomnianej Ingelene Rodewald. Jest to – podkreślmy – sytuacja biegunowo odmienna od sytuacji kuratorek Muzeum Warszawy, do którego trafiły zasoby innej niemieckiej pielęgniarki, przebywającej w dokładnie tym samym czasie w Warszawie. Do kolekcji Muzeum Warszawy trafiły zresztą nie tylko fotografie – i to całe albumy – ale również szereg innych dokumentów Rosemarie von Blanquet (po mężu Lincke), na podstawie których zrekonstruować można także poglądy sanitariuszki z tego czasu, odkryć konteksty wykonania niektórych zdjęć itp. Zbiory von Blanquet (Lincke) zostały wieloaspektowo opracowane, kuratorka Katarzyna Adamska szczegółowo opisała kolekcję i jej różne aspekty w piśmie "Widok" (nr 41 z 2025). W wypadku Spethmann wielu rzeczy po prostu nie wiemy, musimy formułować domniemania. Kolejnych hipotez nie możemy weryfikować, nie mając oglądu szerszego materiału kontekstowego. A pytań jest wiele.

 

Ingelene Rodewald dostała albumy od Helmy Spethmann w okresie, gdy ta była ciężko chora. Znalazła w nich 23 fotografie warszawskie. Były chyba ukryte w okleinie okładek albumów. Nie wiemy, które z nich schowano w ten sposób, na pewno nie wszystkie (a przynajmniej nie zawsze). Zwraca uwagę zachowany na rewersie jednej z odbitek narożnik do umocowania odbitki na karcie albumowej, ślady po narożnikach są widoczne również na dwóch innych odbitkach z tej samej grupy tematycznej, tj. ośmiu zdjęć ulic getta.

W odniesieniu do tej grupy rzeczywiście możemy domniemywać, że zdjęcia wykonała sama Spethmann. Jedno z nich – zresztą właśnie wspomniane zdjęcie z zachowanym narożnikiem – zrobiono bowiem ewidentnie z jakiegoś pojazdu, a wiemy z listów przywoływanych przez Rodewald, że sanitariuszka w drodze na cmentarz wojskowy przejeżdżała przez getto tramwajami (na co zwróciła uwagę badaczka Svea Hammerle – której autor tego tekstu dziękuje za konsultacje).

Tory tramwajowe widoczne są na jeszcze kilku innych zdjęciach ulic getta. Na innych nie ma torów, ale przestrzenie fotografowane są z pewnej wysokości, co pozwala na domniemanie, że zrobiono je również z tramwaju. Raczej mało prawdopodobne, by sanitariuszka chodziła swobodnie po getcie. Mogła wykonać zdjęcia tylko wtedy, gdy przejeżdżała przez zamkniętą dzielnicę. Stąd, jeśli chodzi o zdjęcia cmentarne, wykluczaliśmy autorstwo Spethmann w gronie kuratorskim właściwie od samego początku opracowywania zespołu, na długo zanim te założenia się potwierdziły, to znaczy zanim znaleźliśmy reprodukcje dwóch zdjęć cmentarnych w książce „Warszawa 1942”.

Można się zastanawiać, czy Mawick jest autorem również niektórych ze zdjęć ulic getta, czy wykonywał je, jeżdżąc ambulansem po getcie w siódmym tygodniu swojego pobytu w Warszawie (taki opis znajdujemy w części dotyczącej tego tygodnia). Wydaje się jednak, że nie mogły one zostać zrobione przez niego – nie tylko dlatego, że przedstawiają getto z raczej późniejszej pory roku (choć w tej kwestii trudno przesądzać w odniesieniu do wszystkich fotografii). Trudno przypisywać mu autorstwo także dlatego, że nie znajdujemy wśród tych zdjęć ani jednego z przerażającymi realiami getta, a to na tych realiach skupia się Mawick w tekście. Jego opis właściwie tylko ich dotyczy, jest nimi przesycony (wszystko to było dla niego i jego towarzysza „nie do zniesienia”, s. 160). Owszem, znalezione w zbiorach Spethmann zdjęcia ulic są przejmujące, ale raczej przez uchwyconą w nich ogólną atmosferę, nie są one natomiast dokumentem tak strasznych rzeczy, jakie widział i opisał Mawick (m.in. wyrzucanie zmarłych z domostw na ulice, zdzieranie z nich odzieży). Nie widzimy też żadnej z konkretnych sytuacji, które uderzały go podczas zrelacjonowanej jazdy ulicami getta.

Zupełnie inaczej jest w wypadku fotograficznej sekwencji cmentarnej i opisów z książki. Zachodzi między nimi ścisły związek: to, co widzimy na zdjęciach cmentarnych, jest bardzo spójne z tym, o czym czytamy w tekście (panuje mroźna zima, dzień jest jednak pogodny; zgadzają się kolejne miejsca: dom pogrzebowy, stosy ciał, cmentarz na terenach stadionu Skry). 

W całym 23-odbitkowym zbiorze fotografii należy więc wydzielić dwie części: 8 zdjęć ulic i 15 zdjęć cmentarnych. Dwie te części różnią się nie tylko tematyką, ale i barwą papieru: papier pierwszych 8 odbitek ma wyraźnie inną tonację, żółtawą (ale trudno orzec z całą pewnością, czy było tak od początku, czy odbitki z czasem nieco pożółkły). Prawie wszystkie odbitki są opisane na rewersie, a opisy sporządzone zostały tą samą ręką, zakładamy, że Helmy Spethmann. Symptomatyczne jednak, że zdjęcia uliczne są opisane piórem czarnym (cztery; w tej grupie cztery nie są w ogóle opisane), a zdjęcia cmentarne (wszystkie) – piórem niebieskim. Czyli obie grupy nie zostały opisane w tym samym momencie.

Jest jeden zastanawiający szczegół na jednej z odbitek cmentarnych (a jest to zdjęcie stosów ciał, które zostało wydrukowane w książce, więc na pewno zrobił je Mawick). Są na niej widoczne ślady po dwóch roboczych dziurkach, przy czym są to dwie dziurki wykonane nie w papierze tej odbitki, ale w negatywie, z którego odbitkę tę wykonano. Zdjęcie było więc wywoływane kilkakrotnie z negatywu – został on przedziurkowany i zachowany, by móc go dalej wywoływać. Mawick od początku miał poczucie, że musi dać świadectwo temu, co widział w Warszawie, powiadomić o tym jak najwięcej ludzi (książkę zaczął pisać niedługo po przybyciu do Szwajcarii, jeszcze wtedy podejmował próby jej opublikowania, przed końcem wojny jednak bezskuteczne). Powielanie odbitek było jego pierwszym działaniem upowszechniania tego świadectwa. Możemy więc założyć, że kierowca dał pielęgniarce lub innym osobom zdjęcia jeszcze w Polsce, gdy przed swoim wyjazdem wywołał odbitki i jakiś komplet zabrał ze sobą, a resztę rozdał zaufanym ludziom na wypadek rewizji na granicy. 

Nie mamy pewności, czy Spethmann otrzymała fotografie – odbitki lub negatywy – od Mawicka, czy otrzymała je od osób, którym on je powierzył. Jeśliby jednak zdjęcia krążyły w szerszym gronie, na przykład wśród koleżanek-pielęgniarek, miałaby je chyba także Rosemarie von Blanquet, nie ma ich jednak w jej albumach. Może więc Mawick dał je tylko Spethmann, bo darzył ją szczególnym zaufaniem, uznał, że ma ona podobne do niego poglądy, nie przesiąkła ideologią nazistowską? Jeszcze raz wypada wyrazić żal, że nie możemy zweryfikować tej hipotezy w oparciu o inne źródła (tak jak pracować mogła Katarzyna Adamska, na przykład zwracająca w przywołanym wyżej artykule uwagę na język, którym posługiwała się Rosemarie von Blanquet). W każdym razie domniemanie, że kierowca przekazał bezpośrednio zdjęcia sanitariuszce, potwierdzają do pewnego stopnia opisy na rewersach – odpowiadają one w pełni temu, co zostało na danych zdjęciach uwidocznione (wątpliwości może budzić tylko niekiedy wskazanie marca 1942 jako daty wykonania zdjęcia – mogła to być omyłka, związana z np. czasem ich przekazania, ale możliwe, że wskazują datę właściwie, tylko np. nie ma śladu o danym pobycie w getcie w tekście Mawicka).

W obrębie obu grup odbitki mają niejednorodny kształt, były chyba wywoływane w różnych – kilku – rzutach. Wewnątrz każdej z tych grup jedne z odbitek mają krawędzie ząbkowane, inne mają krawędzie proste, jedne są na papierze niezawierającym producenckich znaków wodnych, inne na papierze ze znakiem firmowym (przy czym ujęcia uliczne, co najmniej część, są na papierze Agfa-Brovira, cmentarne – większość z nich – na Agfa-Lupex), jedne mają adnotacje z zakładów fotograficznych wykonane odręcznie ołówkiem, inne numeratorem*. Czy ta różnorodność kształtu fizycznego pociąga za sobą wątpliwość dotyczącą przypisywania autorstwa – Spethmann pierwszej grupy, Mawicka – drugiej? Raczej niczego nie przesądza, można bowiem przyjąć, że zdjęcia-świadectwa wywoływano po prostu kilkakrotnie, po to, by krążyły w zamkniętym, zaufanym kręgu osób. Podkreślmy: zdjęcia obu grup są spójne tematycznie w obrębie każdej grupy – układają się wręcz w wewnętrzne narracyjne ciągi, można sądzić, że przedstawiają kolejne obrazy konkretnych sytuacji, tj. w pierwszym wypadku podróży tramwajem (jednej lub kilku podróży), w drugim sytuacji wynoszenia z karawanów zwłok i przejścia obserwatora przez cmentarze.

Co przynoszą nam fotografie

Nie należy przeceniać wartości dokumentacyjnej zespołu. Faktycznie zdjęcia tak z pierwszej, jak z drugiej grupy nie przynoszą jakichś ważkich odkryć, przełomowych informacji. Nawet Tomasz Szarota wypowiadał się, i to ponad czterdzieści lat temu, raczej powściągliwie na temat wartości warstwy dokumentacyjnej zdjęć i w ogóle książki Mawicka (której przecież był rzecznikiem od lat 70.): „Na pewno nie przynosi ona nowych, nieznanych szczegółów, daje jednak opis pochodzący od świadka przybyłego z zewnątrz, tchnie przy tym autentyzmem. Także zdjęcia […] nie są unikalnymi, niemniej jednak są one jeszcze jednym dowodem popełnionej zbrodni”. 

Podstawowa wartość dokumentacyjna zespołu polega zatem na tym, że i pierwsza, i druga grupa zdjęć wzbogaca całościowy obraz Zagłady. Każde takie ujęcie jest cenne, nawet jeśli obraz ten przez badaczy składany jest dziś już z tysięcy ujęć. Zdjęcia wchodzą w relacje z innymi znanymi zdjęciami, a również informacjami z archiwalnych dokumentów czy korespondencji, wspomnień, dzienników – tak ze zbiorów różnych instytucji w Polsce i na świecie, jak kolekcji samego Muzeum POLIN (która, jakkolwiek budowana od stosunkowo niedawna, jest już i w tym zakresie szeroka).

Dopełniają w ten sposób wizualne reprezentacje getta warszawskiego i pisemne teksty źródłowe, a nawet niektóre uszczegółowiają. Na przykład dzięki jednej z fotografii karawanu (ukazanej fragmentarycznie wyżej), konkretnie: dzięki widocznemu na niej napisowi, można ustalić trzy nieznane dotąd adresy zakładu pogrzebowego Pinkierta: Grzybowska 32, Zamenhofa 26 i Smocza 27. Zdjęcie bramy na Nalewkach, znanej z ujęcia z 1940 roku (z okresu przed zamknięciem getta: zob. „Antologia spojrzeń. Getto warszawskie – fotografie i filmy”, red. Anna Duńczyk-Szulc i Agnieszka Kajczyk, wyd. Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2023, fot. 41, ze zbiorów Archiwum Akt Nowych), pokazuje szlabany funkcjonujące w na początku 1942, tj. po ponownym przesunięciu bramy w to miejsce. Z kolei na jednym ze zdjęć ze stadionu Skry widoczny jest pochówek Żyda w tałesie. Poza poziomem dokumentującym śmierć tej konkretnej ofiary getta i poziomem emocjonalnym – oczywiście najważniejszymi dla zdjęcia – fotografia ta ma pewną wartość na poziomie dokumentowania funkcjonowania dzielnicy. Dostrzeżenie tałesu robi szczególne wrażenie w kontekście wiedzy o masowości śmierci i kondycji materialnej społeczności w tym okresie. Początek roku 1942 to czas, kiedy nie starczało miejsc na cmentarzu nawet na groby masowe, a grzebano w nich ludzi bez ubrań, bo niemal każdy element odzienia był w getcie bezcenny. Natomiast widoczny na zdjęciu pochówek jest nie tylko pogrzebem indywidualnym, w dodatku z kilkoma grabarzami – a więc który musiał być dla pozostałych przy życiu członków rodziny bardzo kosztowny – to jeszcze mężczyzna był grzebany w szacie modlitewnej. Pochówków, w których do tego stopnia utrzymywano ścisłe religijne nakazy, na tym etapie funkcjonowania getta chyba nie było już wiele. 

Zdjęcie to należy ponadto do cyklu ujęć, które składają się na panoramę stadionu Skry, wykorzystywanego wcześniej przede wszystkim do upraw, ale wobec którego, wobec skali śmiertelności w getcie, przewodniczący Judenratu Adam Czerniaków czynił już w listopadzie 1941 starania, by zimą teren mógł służyć do pochówków (zob. „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego. 6 IX 1939 – 23 VII 1942”, oprac. Marian Fuks, PWN 1983, s. 227). Przestrzenie Skry – włącznie z widocznymi w tle zabudowaniami ulicy Okopowej – znane są z innych zdjęć archiwalnych (zob. „Antologia spojrzeń…”, fot. 59, ze zbiorów IPN), ale to na zdjęciach Franza Mawicka widać mur, który nadal, mimo niejako poszerzenia cmentarza o tereny Skry, ciągnął się między stadionem a cmentarzem (widać go także na omawianej wyżej fotografii człowieka z ciałami na wózku; skądinąd zastanawia uwaga Żyda, będącego przewodnikiem Mawicka u progu wiosny, że w miejscu grobów masowych sadzi się ponownie kartofle, zob. dz. cyt., s. 65, 68). 

Jeden z najważniejszych wymiarów kolekcji buduje jednak wspomniany w tym szkicu motyw spojrzeń żydowskich. Dzięki poszerzonej liczbie zdjęć, dotąd nieznanych, relacja Mawicka prezentuje więcej jej współautorów. Fotografie te możemy w tym wymiarze traktować jako nie tylko dokument wyrządzonego zła, ale również jako portrety ludzi, którzy byli przewodnikami Szwajcara, którzy objaśnili mu – i za jego pośrednictwem światu – to, na co patrzył. Którym oddał głos. To ludzie zanonimizowani w jego relacji, ale odzyskujący w tych spojrzeniach swoją podmiotowość, a także sprawczość.

Przemysław Kaniecki

* W pierwszej grupie trzy odbitki mają krawędzie proste, pięć ma krawędzie ząbkowane. Na czterech odbitkach widać na rewersie znak firmowy papieru fotograficznego Agfa-Brovira, na czterech kolejnych trudno z całą pewnością orzec, czy jest to ten papier, bo widoczny jest tylko pierwszy człon znaku. Dwie odbitki z prostymi krawędziami mają na rewersie adnotację ołówkiem z zakładu fotograficznego: „65”, jedna z prostymi: „A957[?]”. 

Jeszcze bardziej niejednorodna pod względem sposobu wywołania jest grupa 15 zdjęć cmentarnych, przypisywanych Mawickowi. Aż 11 z nich ma krawędzie ząbkowane, na 11 widać znaki papieru Agfa-Lupex – tyle że nie są to części tożsame. Za to na trzech odbitkach z krawędziami prostymi widać i oznakowanie Agfa-Lupex, i pieczątkę numeratorową („835”) – z całą pewnością były one wywoływane razem. Jedna z odbitek z krawędziami prostymi ma na awersie ołówkową adnotację „57” (wolno sądzić, że wywołana jest w jakimś innym rzucie niż wszystkie inne z całego zbioru, także nie tym samym co odbitka z grupy ulicznej z numerem na awersie „A957[?]”, bo tamta została wywołana na papierze Agfa-Lupex, a ta nie ma jego znaku).